Przedstawiciele Fundacji w mediach - Działamy w trójkącie bermudzkim
01.05.1999
DZIAŁAMY W TRÓJKĄCIE BERMUDZKIM
Z profesorem MACIEJEM GRABSKIM, Prezesem Fundacji Na Rzecz Nauki Polskiej, rozmawia Elżbieta Misiak
- Na marcowym posiedzeniu Senatu Politechniki Warszawskiej powiedział Pan Profesor, że nikt z naszej Uczelni nie dostał stypendium Fundacji, bo z Politechniki nie wpłynęły żadne wnioski. Powiedział też Pan, że ludzie startując w konkursach podają jako osiągnięcia naukowe uczestnictwo w jakichś konferencjach w Ustce, Zakopanem czy Koszalinie, a nie legitymują się publikacjami naukowymi.
- Jeśli chodzi o wnioski stypendialne, to niestety, nauki techniczne wyróżniają się negatywnie, co mnie, jako profesora Politechniki, bardzo boli. Widzimy w nich bardzo dużo banału, bardzo dużo chodzenia na łatwiznę. Jest ogromna różnica pomiędzy wnioskami z obszaru biologii molekularnej czy fizyki a wnioskami z nauk tecznicznych. Sadzę, że opiekunowie ustawiają swym wychowankom zbyt niskie poprzeczki.
- A kto - i według jakich kryteriów - ocenia jakość dokonań naukowych? Kto ustala te kryteria?
- To jest bardzo trudne pytanie. Bo kto to może określić? Tylko społeczność naukowa. Wszystkie pieniądze przyznajemy na zasadzie konkursu.
- Kto rozstrzyga konkurs?
- Bierze w tym udział środowisko naukowców, ale rozstrzygać musimy i tak my - Zarząd i Rada Fundacji. Zbieramy opinie od ludzi, którzy cieszą się szacunkiem i poważaniem - to jest takie ważne kryterium, które gubi się przy rozmaitych wyborach.
- Czy na podstawie znajomości osobistej?
- Środowisko wie, kto jest porządnym człowiekiem, a kto nie. Zwracamy się do ludzi z autorytetem z różnych dyscyplin naukowych i prosimy ich o rekomendacje i opinie. Robimy zwykle tak, że wszyscy recenzenci przeglądają wszystkie wnioski. Oni wzajemnie o sobie nic nie wiedzą - to jest dla nas bardzo ważne - nie wiedzą kto, i jak te wnioski opiniuje. Do każdego konkursu wybieramy innych recenzentów. W większości konkursów po przedstawieniu wszystkich opinii recenzenci siadają razem (wtedy się poznają) i muszą uzasadnić swoje oceny wobec kolegów i zarządu.
- Nie ma żadnych przecieków?
- W jednym przypadku było tak, że opiniodawca poczuł się jako ktoś, kto rozstrzyga o pieniądzach i zaczął o tym rozmawiać. Gratulował komuś, że wyróżnienie ma już załatwione, co akurat nie było prawdą. To była żenująca sprawa, ale zdarzyła się tylko raz.
- A jak wygląda rozstrzygnięcie konkursu?
- Po otrzymaniu ocen robimy ranking. W przypadku stypendiów krajowych i nagród rozstrzygnięć dokonuje Rada Fundacji, która spełnia rolę jury. W pozostałych konkursach decyzje podejmuje Zarząd po wysłuchaniu i zważeniu opinii recenzentów. Nie mieliśmy nigdy problemów, chociaż zawsze niezadowoleni są ci, którzy przegrywają. Ale tak musi być.
- Jakimi pieniędzmi dysponuje Fundacja? Jak duże są to pieniądze?
- Fundusz początkowy wynosił 95 milionów, teraz mamy 260. Na naukę wydaliśmy do tej pory 140 milionów. Nikt nam pieniędzy nie daje, zarabiamy je sami w oparciu o posiadany fundusz. Musimy maksymalizować zyski, żeby maksymalizować wydatki. Musimy działać znacznie powyżej inflacji.
- Kto prowadzi te operacje finansowe?
- W Fundacji sporo osób pracuje w obszarze zarządzania pieniędzmi. Jeden z członków Zarządu, prezes Grzegorz Krawczyk, bardzo młody i utalentowany finansista, ma w tym obszarze szczególną odpowiedzialność. Mówiąc po prostu, kupujemy pewne papiery wartościowe, głównie te, które są gwarantowane przez państwo, a następnie je sprzedajemy. Jest to operowanie pieniędzmi podobne do tego, jakie prowadzą fundusze powiernicze. Właśnie z różnicy pomiędzy ceną ich kupna i sprzedaży powstają dochody Fundacji.
- Skąd pochodził fundusz założycielski Fundacji?
- Do początków transformacji nauka w Polsce finansowana była z tzw. Centralnego Funduszu Postępu Naukowo-Technicznego i Wdrożeń, który to fundusz tworzony był z przymusowej składki płaconej przez przemysł od wartości sprzedanej produkcji. Gdy - szczęśliwie dla nauki - zmieniano sposób jej finansowania, powstał problem pieniędzy, które w CFPNTiW pozostały. Sądząc, że nie są to duże kwoty, podjęto łatwo decyzję, aby przeznaczyć je na utworzenie fundacji wspierającej naukę. Została ona zarejestrowana, zanim powstał Komitet Badań Naukowych - w lutym 1991 roku. Okazała się instytucją na tyle finansowo potężną, że prawie wszystkie następujące po sobie rządy chciały nam te pieniądze odebrać. Jednak bez naruszenia prawa nie dało się już tego uczynić. Obecnie mamy do czynienia z kolejną próbą przejęcia, tym razem przez fiskusa, blisko połowy środków Fundacji. To jest stały element gry, którą - mam nadzieję - w końcu wygramy. Przyszedłem do Fundacji w roku 1992. W tamtym okresie, w warunkach kilkudziesięcioprocentowej inflacji i braku narzędzi finansowych na rynku, zarządzanie takimi dużymi pieniędzmi było bardzo trudne. Aby chronić fundusze przed inflacją, od początku trzeba było stworzyć mechanizmy działań finansowych, jak również podziału finansów. Kogo wspierać - stanowiło duży problem.
- Czy najbiedniejszych, pozostających w tyle, czy najlepszych, najszybciej idących do przodu?
- To było zasadnicze pytanie. Ale od początku postanowiliśmy wspierać tylko najlepszych. Uważam, że nauka jest albo dobra, albo żadna. Wspieranie najlepszych przynosi najbardziej widoczne skutki. Rocznie możemy wydać na naukę zaledwie 1% tego, co poprzez KBN wydaje budżet państwa. Ale jeśli ten jeden procent wspiera owe najlepsze kilka procent polskiej nauki, to jest to wsparcie naprawdę znaczące. Sądzę, że środowiska naukowe odczułyby boleśnie, gdyby tego naszego wsparcia zabrakło.
Gdybyśmy wydawali środki - jak na początku - na ratowanie, na pomoc upadającym instytucjom, to już dawno by ich zabrakło. Upadające instytuty i tak by upadły, a pieniądze zostałyby zmarnowane. Nasze hasło brzmi: żeby najlepsi mogli być jeszcze lepszymi.
- W jakim trybie wybierana jest Rada Fundacji?
- Pierwsza rada została powołana przez ówczesnego Przewodniczącego Komitetu do Spraw Nauki i Postępu Technicznego. Składała się z polityków: ministrów, wiceministrów i tak dalej. Życie pokazało, że to nie był dobry pomysł.
- Wiadomo, że to niedobry pomysł, ale wiadomo też, że politycy bardzo niechętnie rezygnują z wpływu na tego rodzaju organizacje.
- Po pierwsze zmieniali się oni bardzo szybko, a po drugie interesowali się nie tym, czym powinna zajmować się Fundacja. Na szczęście w roku 1994 profesor Witold Karczewski, ówczesny przewodniczący Komitetu Badań Naukowych, wyraził zgodę na zatwierdzenie nowego statutu Fundacji, który pozwolił zmienić skład i charakter Rady. Od tego czasu działa siedmioosobowa rada profesorska powoływana przez Przewodniczącego KBN na trzyletnią kadencję. Ograniczenie stanowi to, że czterej jej członkowie muszą być pochodzącymi z wyboru członkami KBN. Ma ona charakter Rady powierniczej. Reprezentuje środowisko, na rzecz którego pracujemy. Powoływany przez Radę Zarząd nie ma kadencji, pracuje na zasadzie przyjętej w spółkach prawa handlowego. To znaczy, że jeżeli Rada nie przyjmie naszego sprawozdania, automatycznie przestajemy pełnić funkcje i idziemy do domu. Rada może nas odwołać w każdej chwili. Jesteśmy bowiem wynajęci do pracy. I wydaje się, że ten system się sprawdza. Członkowie Rady są zaangażowani w to, co robią i reprezentują nie Przewodniczącego KBN, lecz siebie. To działa.
- W ciągu tej kadencji mogą być odwołani?
- Nie, nie mogą. Mają niezależność, mogą być odwołani tylko w wyniku popełnienia przestępstwa udowodnionego, albo jeśli sami rezygnują z powodu choroby. Związek Fundacji z KBN musi istnieć z podstawowego powodu: nasz fundusz założycielski otrzymaliśmy od Skarbu Państwa, to Skarb Państwa był naszym fundatorem, a więc jest właściwe, aby Radę powoływał Przewodniczący KBN-u, jako organu państwa. Przewodniczący KBN przyjmuje też roczne sprawozdanie Zarządu, po zaakceptowaniu go przez Radę Fundacji.
- Na początku naszej rozmowy powiedział Pan Profesor, że Fundacja jest niezależna politycznie i finansowo.
- Do tej pory żaden z Przewodniczących KBN nie próbował podporządkować Fundacji. Zresztą nawet gdyby chciał, nie byłoby to łatwe. Przewodniczący KBN jest poza tym partnerem dla Fundacji, ponieważ działamy na tym samym obszarze, działamy razem, ale niezależnie. Natomiast nasza niezależność finansowa wynika stąd, iż żadnych środków z budżetu państwa nie otrzymujemy. Okazuje się, że jest możliwe istnienie w Polsce instytucji, która jest niezależna zarówno finansowo, jak i politycznie. Okazuje się, że można działać w takich warunkach, jakie są, w pełnej zgodzie ze światowymi standardami. Mieścimy się w takim specyficznym Trójkącie Bermudzkim, który obejmuje świat polityki, świat finansów i świat nauki, byty jak wiadomo, niekompatybilne. Poruszać się w nim trzeba ostrożnie i z rozwagą.
- Pana specjalność naukowa jest bardzo daleka od zarządzania finansami, a przecież tym się Pan teraz zajmuje. Co zadecydowało, że został Pan Prezesem Fundacji?
- Mój wzrost - śmieje się Profesor. - Zawsze interesowałem się nauką w szerszym kontekście i dlatego bardzo łatwo dałem się namówić na start w wyborach do KBN w pierwszej kadencji. W KBN byłem aktywny właśnie w dziedzinie finansowania. W związku z tym uznano widocznie, że się nadaję. Zarządzanie finansami stanowi jednak tylko element zarządzania Fundacją. Mam ambitne plany, aby zajmować się tym jeszcze przez 5 lat. Jeżeli uda się popracować i wszystko pójdzie dobrze, to w XXI wieku, w 2004 roku, skończę akurat 70 lat, a wtedy... niech przyjdą młodsi.
- Jakie są koszty własne Fundacji? Ten budynek jest bardzo piękny, bardzo piękne otoczenie...
- Za ładne?
- Za ładne. Czy Fundacja powinna tak wydawać pieniądze?
- Ten budynek jest po prostu porządny. Tu wcale nie ma luksusu, wszystko natomiast jest dobrej jakości. Bo inaczej się nie opłaca. To jest majątek. Mówię żartobliwie, że jeżeli Fundacja upadnie, bo Skarb Państwa zabierze jej wszystkie pieniądze, to likwidator jeszcze będzie miał co sprzedawać, aby ten ostatni grosz przeznaczyć na ostatnie stypendia. Czy pani wie, że ten dom ma stare związki z nauką: przez wiele lat, przez okres wojny mieszkał tu prof. Janusz Groszkowski... Wracając do tematu: z punktu widzenia przychodów mieścimy się na początku drugiej setki największych polskich przedsiębiorstw.
Kiedy jakiś międzynarodowy bank lub firma finansowa otwiera swoje przedstawicielstwo w Warszawie, to ich przedstawiciele przychodzą do nas przedstawić się, bo jesteśmy postrzegani jako bardzo poważny klient, którego widać na rynku. Gdyby nasze biura mieściły się w baraku, na pewno nikt by nie przyszedł. Poza tym nasze koszty własne w porównaniu z kosztami podobnej wielkości firm plasują się na bardzo niskim poziomie. Najkosztowniejsza jest technika obsługi operacji finansowych. Nasza Fundacja jest jedną z niewielu instytucji, które publikują pełne sprawozdania finansowe. Nasze finanse są przezroczyste, bo chcemy, żeby takie były. I jeszcze jedna uwaga, naprawdę ważna: nauka wymaga szacunku. Jeżeli np. dajemy stypendia, by kogoś uhonorować, to musimy stworzyć odpowiednią atmosferę... Moglibyśmy nie wydać kilku tysięcy złotych na zorganizowanie imprezy na Zamku, a dyplomy wysłać pocztą - tylko czy wtedy zainteresowałyby się tym media, czy ktoś pokazałby naszych laureatów w prasie lub telewizji? Na pewno nie. A przecież ma to być święto nauki; nauka ma się przedstawiać tak, aby ją szanowano. Szczególnie dla młodych ludzi ma to być znaczące przeżycie. A poza tym my sami niełatwo zarabiamy na to, co robimy.
- Czy Pan Prezes zarabia tak, jak zarabia się w świecie finansów, czy tak, jak w świecie nauki?
- Po środku. Moje zarobki ustala Rada Fundacji. Z perspektywy profesora to są duże pieniądze, ale z perspektywy prezesa banku, są to zarobki śmiesznie małe. A jeżeli mówimy o pieniądzach, to powiedziałbym, że dostaje się je nie za pracę, lecz za wartość dodaną. Co to jest praca? Jak uczyli nas na fizyce - praca równa się siła razy droga. A pieniądze dostaje się za wartość dodaną i za związaną z tym odpowiedzialność. I za związane z nią bezsenne noce.
- W Polsce bardzo mało ludzi to rozumie.
- I dlatego trzeba o tym głośno mówić.
Źródło:
http://www.pw.edu.pl/miesiecz/99/05/bipw010.html