Przedstawiciele Fundacji w mediach - Grzech banalności
20.11.1999
ROZMOWA
Profesor Maciej W. Grabski z Politechniki Warszawskiej, prezes Zarządu Fundacji na rzecz Nauki Polskiej
Grzech banalności
MAGDALENA BAJER: Czy naruszenia ogólnie przyjętych reguł etycznych przez ludzi ze środowiska naukowego, o jakich coraz częściej słyszymy, uważa pan za owoce czy za ziarna?
MACIEJ W. GRABSKI: Każdy owoc ma w sobie ziarno, mamy więc do czynienia z jednym i drugim. Zdefiniowałbym to, o co pani pyta, w ten sposób: "zachodzi proces upadku rzetelności". Jest on owocem działania wielu czynników. Jeden z nich, specyficzny dla naszego kraju, wywodzi się z minionego, szczęśliwie, systemu, który z założenia chciał przeciąć korzenie, niweczył ciągłość tradycji. Hamowało to naturalne przekazywanie najlepszych wzorców i wartości następnym pokoleniom, a tym samym utrudniało ich zachowanie, co przecież stanowi istotę akademickiej korporacyjności. Świat naukowy zawsze sam dbał o własny poziom i o czystość obyczajów - i to właśnie zostało poważnie naruszone przez świadome działanie czynników zewnętrznych, politycznych.
Rosnąca masowość uczestnictwa w nauce i związany z tym gwałtowny wzrost ilościowy - to drugie źródło obecnego zła. Kiedyś nauka była zajęciem niewielkiej grupy wybrańców bogów, którzy się jej poświęcali, wiedzeni żądzą poznania. Dla tych ludzi sprawy finansowe były rzeczą drugorzędną - proszę poczytać pamiętniki wielkich uczonych. Wraz z masowym rozwojem nauki i wyższej edukacji grupa tych zapaleńców nie powiększyła się tak znacznie, jak dołączający do niej o wiele liczebniejszy tłum, dla którego uprawianie nauki stanowi nie misję życia, ale zawód. Mamy w naszym języku termin: "pracownik nauki" - a więc człowiek, który "robi w nauce" za pieniądze. Naukę zaczęto uprawiać za pieniądze, bo taka była potrzeba rynku. Tak się dzieje na całym świecie.
Ale czy to musi deprawować?
Rzeczywistość dowodzi, że często deprawuje. Mechanizm jest taki: "Aby się utrzymać, muszę zgłosić jakiś pomysł. Mój pomysł ktoś kupi lub da mi pieniądze na jego realizację. W związku z tym najpierw muszę mój pomysł przedstawić tak, aby był atrakcyjny dla tych, którzy decydują o pieniądzach; później, po wykorzystaniu środków, muszę złożyć jakiś raport. Powstaje całe pole łatwej nierzetelności. Zawsze między tym, kto coś sprzedaje i tym, kto coś kupuje, toczy się gra. Jeżeli w tej grze nie ma jasnych reguł i nie ma dobrych mechanizmów zabezpieczających, to powstają różne luki, różne okazje do nadużyć. A jeżeli jest gdzieś jakaś luka, przez którą coś może wylecieć, to wyleci. Tradycyjne, korporacyjne, mechanizmy kontroli w nauce dostosowane były do systemu o znacznie mniejszej rozciągłości; są one zupełnie nieskuteczne w obecnej masowej nauce.
Masowość jest zatem główną przyczyną tego, co pan profesor nazwał upadkiem rzetelności?
Tak. U nas nakładają się dodatkowo przyczyny historyczne, o których wspomniałem; popsuto mechanizmy samokontroli w środowisku akademickim, co spowodowało, że powstały całe grupy, całe "szkoły naukowe", robiące badania dlatego, że na to można zdobyć pieniądze, a nie dlatego, żeby poznawać jakieś prawa rządzące światem.
Nie tak dawno był u mnie pewien znany i zacny profesor i prosił o pieniądze fundacji na zakup jakiejś nadzwyczajnej aparatury. Tłumaczył mi długo, że za jej pomocą można badać to i tamto, i jeszcze coś, bardzo precyzyjnie - rzeczy szalenie skomplikowane. Spytałem: "Jaki problem chce pan rozwiązać?". Nie wiedział, o co mi chodzi, nie potrafił odpowiedzieć. On robił badania, bo to uzasadniało starania o nową aparaturę, a posiadanie aparatury uzasadnia starania o granty, granty umożliwiają publikowanie, to zaś znów jest argumentem w zabieganiu o aparaturę i następne granty itd., itd. Istotne cele poznawcze zostały w tym wszystkim zapoznane i w rezultacie mamy do czynienia z wyrobnictwem, a nie nauką. Niestety jest tego coraz więcej.
Do jakiego punktu trzeba by więc wrócić, żeby "wyprostować ścieżki"?
Nie można po prostu wrócić, bo nie można zatrzymać boomu edukacyjnego.
Środowisko, jak myślę, ma właściwą hierarchię, wie, kto jest uczonym, a kto wyrobnikiem...
Środowisko wie, ale w sytuacji, o jakiej mówimy, potrzebni mu są i jedni, i drudzy! Bo kto napisałby np. grzecznościowe recenzje z prac, które powinny zostać zdyskwalifikowane? Jest to bardzo wymowne znamię daleko posuniętego zepsucia obyczajów, obniżenia jakości tego środowiska, czego, niestety, nie chce ono zauważyć. Byłem w ubiegłym roku na międzynarodowym spotkaniu, zorganizowanym przez prof. Andrzeja Górskiego, wówczas rektora warszawskiej Akademii Medycznej, na temat rzetelności w naukach biologicznych i medycznych. Słuchając wystąpień niezwykle kompetentnych ludzi z różnych krajów świata, zdałem sobie sprawę, że w Polsce stanowi to też duży problem, ale my nawet nie wiemy, że go mamy. Alarmujemy raz po raz o plagiatach, czy temu podobnych incydentach, ale są to tylko symptomy znacznie większych zjawisk. Rozbawiło mnie ogromnie, gdy jeden z wybitnych polskich profesorów, z obszaru nauk ścisłych, powiedział na tej konferencji, że problem nierzetelności w jego dyscyplinie pojawić się nie może, gdyż dyscyplina ta opiera się na uczciwości. A tak na marginesie - o konferencji pisała prasa codzienna w Niemczech, w Polsce pies z kulawą nogą się nią nie zainteresował!
Czy uważa pan, że ludzie przekraczają normy etyczne świadomie, czy też nie wiedzą, czego nie godzi się czynić, a co czynić należy?
Mnie się wydaje, że często nie wiedzą, bo skąd mają wiedzieć?
Z domu, ze studiów...
Oczywiście, i trzeba wyraźnie to powiedzieć, że większość wie, większość jest uczciwa. Nie wszyscy jednak mają uczciwość mocno ugruntowaną w chwili, gdy wkraczają na pole "łatwej nierzetelności", o którym mówiłem. Młody człowiek pisze wniosek o grant, dostaje ten grant, robi badania i wie, że... nikt go nie skontroluje. Jego uczciwość jest wystawiona na próbę - nie każdy wychodzi z niej zwycięsko.
Za jedną z plag współczesnej nauki uważa się kradzież pomysłów. Słyszę o przypadkach powstrzymywania się z publikacją w obawie, że idee, lub zgoła wyniki, ktoś podchwyci i opublikuje pod swoim nazwiskiem.
Proszę pani, w nauce robi się nazwisko dzięki temu, że ma się dobre pomysły. Pomysły rodzą się zwykle w dyskusji z innymi, dlatego często bywają przechwytywane - niekoniecznie świadomie. Nie zawsze musi to być kradzież, aczkolwiek pewien problem istnieje. Sam miałem taki przypadek, że podczas rozmowy powstał pomysł i potem naprawdę nie byliśmy pewni, czy on jest mój, czy mojego kolegi.
Ludzie uczciwi w takiej sytuacji po prostu mówią sobie o wątpliwościach...
Zazwyczaj tak właśnie jest, ale na sytuację, w jakiej powstają pomysły, nakładają się jeszcze dwie rzeczy. Pierwsza ma większe znaczenie na Zachodzie niż u nas, a jest nią chęć zaistnienia na tytułowych stronach gazet - niesłychanie silny motyw. W ostatnich latach mieliśmy wiele przypadków nierzetelności, wynikającej właśnie z chęci zdobycia sławy.
Jednakże krótkotrwałej.
Krótkotrwałej, ale ludzie nie potrafią się powstrzymać. Druga rzecz, która ma u nas większe znaczenie, to konieczność publikowania za wszelką cenę, presja na to, aby mieć coraz więcej ogłoszonych prac, ponieważ od tego zależy ranking instytucji i kolejne awanse - doktorat, habilitacja, profesura. Kryteria jakościowe ustępują ilościowym. I tu znów pojawia się pokusa nieuczciwości, szczególnie we współpracy z młodszymi kolegami.
Matematycy wrocławscy chlubili się kiedyś tym, że mają specjalne seminarium, poświęcone dyskusjom nad niegotowymi pomysłami i nikt nie obawiał się, że mu pomysł przywłaszczą.
Byłem na podobnych konferencjach w Ameryce, gdzie ludzie rozmawiają o tym, nad czym myślą, co robią i wszystko jest w porządku. Sądzę, że problem kradzieży pomysłów jest, wbrew pozorom, raczej marginalny, co wynika niekoniecznie ze standardów etycznych, ale z pewnych względów natury technicznej. W znacznej mierze zależy to od dziedziny i pieniędzy, jakie mogą iść w ślad za pomysłami. Oczywiście, np. w obszarach biotechnologicznych farmaceutyki nikt pochopnie nie ujawnia pomysłu, dopóki nie ma zagwarantowanego pierwszeństwa, bo bardzo często chodzi o ogromne pieniądze. Dotyczy to jednak raczej laboratoriów przemysłowych, które rządzą się innymi nieco prawami niż pracownie uniwersyteckie. Pomysł jest tam towarem i ma swoją cenę.
Zatem upadek moralności w nauce należy zaliczyć do tych ogólniejszych ujemnych zjawisk cywilizacyjnych, z jakimi mamy dzisiaj do czynienia?
Chyba tak.
W wielu krajach i w Polsce zaczęto o tym głośno mówić i próbuje się zaradzić.
Zaradzać można przede wszystkim przez stosowanie bardzo ostrych rygorów - awansowych, redakcyjnych, przy wszelkim przyznawaniu pieniędzy, ale to jest droga "pod włos", bo czy wszyscy zechcą pisać rzetelne recenzje, krytykować surowo? Czy zechcą odmawiać niezasłużonych awansów, zwłaszcza jeśli ktoś zaszedł już spory kawałek po drodze zwanej nauką? Od lat toczy się w środowisku swoista wojna o obniżenie znaczenia tytułu profesorskiego i w ciągu ostatnich lat to znaczenie rzeczywiście maleje. Coraz łatwiej zostać profesorem, gdyż zależy to od opiniodawców, wybieranych z coraz to większej populacji, a w wielkiej populacji znalezienie tych kilku łaskawych jest na pewno łatwiejsze. Taką tendencję pokazują też wyniki wyborów do rozmaitych gremiów oceniających: wchodzą tam z zasady nie ci najsurowsi! Jest to zresztą zgodne z ludzką naturą, zawsze łatwiej postawić krzyżyk na dobrotliwego niż na surowego.
Trudno sobie wyobrazić, że to się zmieni.
To się nie zmieni, ale trzeba sobie zdawać sprawę ze złych skutków i próbować, w miarę możliwości, zmniejszać je. Najgorszy skutek jest taki, że nauka, na całym świecie, produkuje coraz więcej banału. W tysiącach czasopism drukuje się tysiące artykułów z tysięcy uniwersytetów, a zarówno w Warszawie, jak w Pernambuco, Los Angeles czy Siedlcach, są ludzie, którzy - jak wspomniany na początku niedoszły klient naszej fundacji - prowadzą badania nie po to, aby osiągnąć rozwiązanie jakiegoś problemu, ale by uzyskać pieniądze lub stopień. Proces wciąż się pogłębia, bo jeżeli żaden z istniejących periodyków nie chce przyjąć czyjegoś artykułu, to po prostu zakłada się nowy periodyk i kłopot znika. W wielkim tłumie recenzenci, autorzy i czytelnicy na pewno się znajdą.
Powstaje i rozrasta się w ten sposób "poboczny świat nauki", który dba o to, aby jego pozycja została zabezpieczona. Gdyby nauka była demokratyczna - a szczęśliwie dla nauki nie jest - to właśnie ten poboczny świat, stanowiąc większość, dyktowałby prawa. Ocenia się, że obecnie ponad 90 procent zawartości periodyków naukowych to banał.
Nie ma chyba dużej wrażliwości na banał. Jeżeli publikacja okaże się plagiatem, zawiera fałszywe wyniki - słychać larum. Natomiast, jeżeli jest przeciętna, nijaka, nie uważa się tego za naruszenie jakiejś normy.
Wszyscy cieszą się, gdy publikacja jest poprawnym banałem, bo niczego to nie narusza, a poza tym oszczędzamy czas, gdyż nie musimy jej dogłębnie studiować. Co to by było, gdybyśmy musieli czytać wszystkie czasopisma świata z własnej branży! Poza tym, powiada się: "Człowiek ma trzydzieści publikacji, z tego część w niezłych czasopismach, a więc zróbmy go profesorem", nie zważając, że zawartość tych publikacji jest miałka, nieoryginalna.
Czy cnota oryginalności, wyróżniająca, jak się powszechnie sądzi, środowisko naukowe, zanika?
Nie tyle zanika, co ulega rozwodnieniu. Proszę zwrócić uwagę, jak rozpuściło się pojęcie: uczony. Prawie go nie używamy.
Może z atencji dla prawdziwych uczonych?
Może, ale raczej dlatego, że liczebność uczonych rosła wolniej niż liczebność pracowników nauki. W Stanach Zjednoczonych znacznie więcej ludzi pracuje obecnie w obszarze nauki i nauczania uniwersyteckiego niż w rolnictwie, nic więc dziwnego, że nauka zaczyna mieć problemy, podobne do tych, jakie nękały kiedyś farmerów amerykańskich. Moim zdaniem, żadną formalną procedurą tych problemów się nie rozwiąże. Ktoś może powiedzieć, że ostatecznie zadecyduje rynek: przecież wszyscy wiedzą, że uniwersytet uniwersytetowi nie jest równy, a doktorat z MIT jest cenniejszy niż np. z Delaware. Ale tak jest w Stanach. U nas, ze względu na jego nikłość, rynek takiej roli nie odegra, dlatego formalne rygory są bardzo potrzebne.
Czy w ogromnej liczbie pracowników naukowych jest jednak dostatecznie wielu uczonych, żeby utrzymać standardy moralne, niezbędne do trwania "akademickiej korporacyjności", jak pan to określił na początku naszej rozmowy?
Nie wiem. Wiem tylko, że u nas utrzymanie tych standardów jest trudniejsze niż w krajach zachodnich, ponieważ, jak też mówiłem na początku, przecięto korzenie. W wielu przypadkach starzy mistrzowie nie mogli przekazać wzorców. Działo się to z przyczyn politycznych, ale nie tylko. W nowych dyscyplinach nauki, gdzie starych mistrzów nie było, młodzi ludzie mogą uważać, że stan obecny, nad którym ubolewamy, jest stanem naturalnym. Trzeba też pamiętać, że są pod ogromną presją systemu.
Czy więc jest dość tych, którzy widzą nienormalność i mogą coś robić - skutecznie?
Na ogół wolimy wzdychać i wspominać dawne dobre czasy. Działania, które mogłyby być skuteczne, wymagają pewnej odwagi. Trzeba np. powiedzieć, że jakiś wniosek o grant jest bzdurą, narażając się na to, że ktoś młodszy oskarży "sitwę profesorską" o blokowanie mu drogi. Czasami będzie w tym, niestety, racja, jednak dbanie o czystość środowiska zawsze polega na przeciwstawianiu się bylejakości i trzeba się liczyć z różnymi zarzutami, z niechęcią niektórych kolegów. Pytała pani o owoce i ziarna. Bylejakość jest owocem przede wszystkim umasowienia nauki i zarazem ziarnem, z którego kiełkują różne grzechy popełniane przez naukowców.
Czy nie nastąpi jednak kiedyś kres wzrostu ilościowego - publikacji, stopni, placówek, programów badawczych?
Na pewno długo jeszcze wyższa edukacja i nauka będą zwiększać zasięg terytorialny. Wciąż nowe kraje dołączają do grupy tych, w których robi się badania, dokonuje odkryć, rozwiązuje problemy. To dobrze, ale równocześnie rośnie liczba ludzi, którzy "muszą" zrobić doktorat, "muszą" opublikować wyniki... I powstaje pytanie - jak wielka i jak wykształcona populacja jest potrzebna dla intelektualnego wsparcia dobrej nauki. Jeden uniwersytet na dwa miliony ludzi? A może na trzy?
Ale czy te właśnie kraje, gdzie nauka tradycyjnie się rozwija, nie dojdą do jakiejś granicy?
Zahamowanie wzrostu przewidywał przed laty Derek de Solla Price, sygnalizując problem narastania bezużytecznego szumu informacyjnego. Kiedyś istniało coś w rodzaju międzynarodowych "latających fakultetów", tj. w każdej dziedzinie można było wskazać kilku ludzi, o wielkim autorytecie, będących wyznacznikami rozwoju tej dziedziny i wszyscy wiedzieli, kto to jest. W moim obszarze było ich pięciu czy sześciu i to ich właśnie proszono, w związku z odbywającymi się co dwa lata międzynarodowymi konferencjami, o wykłady syntetyczne, oceniające stan badań. Ich znaczenie dla kierunkowania rozwoju badań było ogromne. Od niedawna to zanikło. Obserwuję, że w materiałach z kilku ostatnich konferencji jest tylko sieczka. Nikt nawet nie próbuje wskazać, co ważne, a co nieważne - w tym ogrodzie zabrakło ogrodnika. Nie tak dawno moja młoda znajoma, profesor z MIT, zapytała mnie: "Słuchaj, jesteś w branży już tyle lat, powiedz, czy to, co robimy, jest ważne, czy nie, bo ja nie wiem, nie mam punktu odniesienia".
To jest symptomatyczne. Mamy takie postmodernistyczne równouprawnienie banalnej wtórności. Przekroczona została pewna granica i nastąpiło rozproszenie. Jestem przekonany, że system się uporządkuje, bo zwykle działa prawo Parkinsona, mówiące, że kiedy struktura za bardzo się rozrośnie, to w jej środku musi powstać coś nowego, mniejszego. A może cała nauka będzie musiała się zmienić, dostosowując się do nowej, masowej skali, tracąc to, do czego przywykliśmy? I wtedy będzie tak, że uniwersytetom pozostanie uprawianie bardziej lub mniej intelektualnych wprawek na dowolne tematy, a rozwiązywanie problemów stanie się domeną instytucji biznesowych. Już dzisiaj najważniejsze z gospodarczego punktu widzenia badania prowadzi się nie w uczelniach, ale w laboratoriach korporacji przemysłowych, które rządzą się przecież pozanaukowymi, rynkowymi, prawami.
Na koniec zadam pytanie o pilnowanie standardów na najbliższym podwórku, tj. w Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.
Sądzę, że nie mamy z tym kłopotów. Gdy szukamy recenzentów, a ich rola w naszej pracy jest zasadnicza, to stosujemy bardzo proste kryterium - zwracamy się do naukowców, którzy są nie tylko dobrzy w swoich dziedzinach, ale o których wiemy, że są porządnymi ludźmi. Nietrudno to ustalić, bo jak mówiliśmy, środowisko doskonale wie, kto ile jest wart jako uczony i jako człowiek. Bywamy krytykowani z racji pewnej elitarności, ale naszą dewizą jest, co stale powtarzam, wspieranie najlepszych, aby byli jeszcze lepsi.
Stereotyp egalitaryzmu w nauce chyba się przeżył?
Myślę, że w znacznej mierze nauka z definicji jest elitarna, tak jak elitarna jest mądrość. W przezwyciężeniu peerelowskiej urawniłowki wielka jest zasługa KBN-u, który wprowadził kategoryzację i ludzie już się przyzwyczaili do tego, że nie wszyscy są jednakowo dobrzy i dlatego nie wszyscy mają być jednakowo finansowani.
Jaką rolę przypisuje pan wychowaniu, które jest działaniem długotrwałym, mało wymiernym w szybko zmieniającym się świecie?
Nauka jest rzemiosłem, które można opanować, patrząc jak to robią inni. Nie można nauczyć się być uczonym na bezludnej wyspie. W dzieciństwie chodziłem na pogaduszki do pana Messelrode, mieszkającego w sąsiedztwie starego maszynisty, który mi ogromnie imponował, bo za służbę otrzymał od cara wspaniały złoty zegarek. Opowiadał o swojej metodzie wychowawczej: "Jak przychodziłem rano do parowozu, to najpierw przeciągałem ręką po mosiężnej poręczy przy schodkach. Gdy ręka się zabrudziła, to waliłem pomocnika w pysk. Do końca życia będzie pamiętał, że poręcz ma się błyszczeć i tego też nauczy swoich uczniów, gdy ich będzie kiedyś miał". Oczywiście, nie jestem zwolennikiem kar cielesnych, ale młodzi ludzie, którzy przychodzą do nauki, muszą wiedzieć, że prawdziwy mistrz może ich nauczyć robienia ciekawych i wspaniałych rzeczy, ale też może i musi być bezwzględny w przypadkach partactwa i nierzetelności. To jest uczciwy układ. A dzisiejsza praktyka pokazuje, że tam, gdzie są prawdziwi mistrzowie, tam nie ma luki pokoleniowej.
ROZMAWIAŁA MAGDALENA BAJER
Źródło:
http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_991120/plus_minus_a_4.html