Przejdź do:

Przedstawiciele Fundacji w mediach - U progu nowego 10-lecia

01.01.2001

Sprawy Nauki
Nr 9/2001

U progu nowego 10-lecia

z prof. Januszem Sławińskim przewodniczącym Rady Fundacji na rzecz Nauki Polskiej rozmawia Jolanta Filocha

Zasiada Pan w radzie fundacji już od września 1991 roku, zarazem po raz trzeci pełni funkcję jej przewodniczącego. jak oceniłby Pan dorobek fundacji w jej pierwszym dziesięcioleciu?


Na początku rozumiano rolę Fundacji jako dopełnienie działalności Komitetu Badań Naukowych. Fundacja miała w pewnym sensie stanowić dodatkową "kieszeń KBN" do wspierania rodzimych inicjatyw badawczych. Taki układ znajdował swe odzwierciedlenie w fakcie, że cały ówczesny zarząd fundacji składał się z wyższych urzędników KBN, istniała więc ścisła unia personalna między tymi dwoma instytucjami. Dopiero powołanie nowego zarządu w 1992 raku, co było wynikiem m.in. zmian zapisów ustawy o niełączeniu stanowisk, stało się wyrazem odejścia od koncepcji "unijnej" wobec KBN i dało początek procesowi uniezależniania się fundacji oraz stopniowego wyprowadzania zasad i forum działalności, które są aktualne aż do dzisiaj. Również zasadniczy skład osobowy zarządu fundacji nie uległ od tamtych czasów zmianie prezesem jest nadal prof. Macicj W Grabski, a wiceprezesem prof. Marian Grynberg. To była najważniejsza cezura w dziejach fundacji.
Nowy zarząd rychło dostrzegł konieczność przesunięcia akcentów w działalności programowej. Początkowo w naszych programach dominowały subwencje aparaturowe, przyznawane różnym instytucjom czy środowiskom naukowym. Z czasem zaczął się stopniowo zwiększać w wydatkach statutowych udział subwencji kierowanych wprost do uczonych, związanych z ich warsztatami pracy. Wiadomo, że zakupy aparatury to worek bez dna, bowiem postęp w tej dziedzinie jest olbrzymi, a aparatura z natury rzeczy się starzeje. Fundacja przed około czterema laty zaczęta stopniowo odchodzić od narzuconej jej przez ówczesną sytuację i potrzeby środowisk naukowych roli dostarczyciela aparatury badawczej. Przyjęcie nowego priorytetu, jakim jest bezpośrednie wspomaganie uczonych, to druga wyraźna cezura, która pojawiła się w historii FNP. I jeszcze jedna rzecz uległa zmianie: otóż w pierwszym okresie istnienia udzielaliśmy subwencji w sposób może nie tyle chaotyczny, co pozbawiony bardziej kompleksowego podejścia, opartego na całościowym widzeniu potrzeb nauki. Jeden z najwcześniejszych programów polegał np. na wspomaganiu instytucji zajmujących się leczeniem dzieci, na co przeznaczono spore środki. Na pewno była to działalność pożyteczna, ale jednostronna, gdyż nie uwzględniono innych ważnych potrzeb i wyzwań.
Wraz ze zmianą zarządu w 1992 roku nastąpiła istotna zmiana w sposobie budowania programów. Zakres działania na każdy rok jest odtąd precyzowany w formie oficjalnego programu. Zaczęło się od ustanawiania programów rocznych, a więc wyboru tzw. dyscyplin nominowanych, z czasem uruchomiono programy o charakterze długofalowym. Do tych jestem najbardziej przekonany.

Czy chodzi o konkursy stypendialne?

Tak, przede wszystkim, o stypendia krajowe dla młodych naukowców do 30 roku życia, a także o stypendium zagraniczne dla badaczy ze stopniem doktora do 35 roku życia. Wśród programów długofalowych wielką rolę odgrywają także nagrody fundacji, przyznawane corocznie za wybitne osiągnięcia w czterech kategoriach nauk. To samo można powiedzieć o programie SUBSYDIA DLA UCZONYCH, chyba nie najgorzej wykoncypowanym i urzeczywistnianym. Mają one w środowisku duży prestiż, uważane są powszechnie za poważne wyróżnienie naukowe.

Które programy fundacji z realizowanych w minionym 10-leciu uznałby Pan za najlepsze, najbardziej udane?

Do takich istotnych przedsięwzięć zaliczyłbym działający bezterminowo program SUBIN, polegający na przyznawaniu potrzebującym subwencji interwencyjnych. Dzięki niemu fundacja może elastycznie, szybko reagować na różne dramatyczne sytuacje, których doświadczają zespoły naukowe. Przypomnę istotną rolę programu po powodzi w 1997 roku, kiedy fundacja stała się jedną z pierwszych instytucji spieszących z konkretną finansową pomocą placówkom naukowym dotkniętym kataklizmem. Spośród naszych działań szczególnie bliski jest mi stały konkurs na monografie humanistyczne. Jego rezultatem jest opublikowanie do dzisiaj w serii Monografie FNP już 60 tomów, które cenione są przez środowisko, między innymi dlatego, że kryteria przyjmowania prac do druku są bardzo surowe. Tak jak we wszystkich programach fundacji odbywa się to drogą konkursu, w którym stopień sukcesu wynosi ok. 15-25 proc., co dowodzi, że nie ma w nim taryfy ulgowej.
Spośród dużych programów, już zakończonych, które szczególnie wysoko oceniam, wymienić chciałbym program LIBRARIUS, którego celem było wspieranie polskich bibliotek naukowych, dokonywanie ich remontów i modernizacji. Uważam, że program ten był ,.strzałem w dziesiątkę", bo choć nic dotyczył żadnej określonej dyscypliny, obejmował całość potrzeb nauki, jako że biblioteki służą wszystkim. Być może w przyszłości trzeba będzie do podobnej idei powrócić.

Co właściwie decyduje o powodzeniu programu i czy w ogóle jest możliwe, by wobec tylu niezaspokojonych potrzeb nauki zdarzał się "brak popytu" na subwencyjną propozycję ze strony fundacji?

Niestety, i tak bywa, gdy koncepcja programu odbiega od określonych realiów i uwarunkowań. Przykładem takiego "nietrafionego" programu jest TRAKT z 1998 roku, który miał wspomagać badania związane z wykopaliskami archeologicznymi, prowadzonymi wzdłuż nowo powstających autostrad. Załażono, że autostrady będą wkrótce powstawać w szybkim tempie. Tymczasem ich budowa praktycznie nie ruszyła i przeznaczonych na badania pieniędzy nie dało się wydatkować; w rezultacie program uległ szybko zamknięciu.
Innym przykładem programu nie funkcjonującego najlepiej jest wymiana stypendystów z Fundacją von Humboldta. W zamyśle miała ona wyglądać tak, że równocześnie z wyjazdami uczonych polskich na zaproszenie Fundacji von Humboldta do Niemiec my będziemy finansować przyjazdy do Polski uczonych niemieckich, zapraszanych na wniosek ich polskich kolegów. Niestety, jak dotąd od naszych uczonych wniosków napływało niewiele, co nie daje szans na rozwinięcie tej ciekawej inicjatywy. Moim zdaniem, należałoby zwracać się przede wszystkim do takich uczonych niemieckich, którzy pracują na rzecz zbliżenia z Polską, zajmując się kulturą, literaraturą, sztuką, językiem polskim... Jak dotąd stypendia te przyznawano głównie uczonym niemieckim uprawiającym nauki ścisłe oraz, w jednym przypadku, medyczne. Szkoda tym bardziej, że przyczyna niepełnego wykorzystania środków tego programu leży po stronie polskiej.

W jaki sposób fundacja tworzy swoje koncepcje działania, czym się kieruje w wyborze priorytetów programowych? Uzyskanie pełnej orientacji w potrzebach nauki nie jest wcale proste, wymaga studiów, szerokiego dostępu do danych. Trzeba też znaleźć do tych problemów jakiś klucz. Jako długoletni współpracownik Komitetu Badań Naukowych korzysta Pan z pewnością ze swej wiedzy i doświadczenia w tym zakresie?

Nasza - mam na myśli fundację - orientacja w potrzebach nauki to efekt rosnącego z roku na rok doświadczenia. Istotna rola przypada radzie fundacji, która jest bezpośrednim łącznikiem pomiędzy fundacją a środowiskami naukowymi w różnych dyscyplinach. Prosimy o sugestie szerokie grono ludzi uprawiających czynnie naukę, niezależnie od ich wieku czy stopnia w środowiskowej hierarchii. Tak więc staramy się wykorzystywać impulsy płynące z różnorakich miarodajnych źródeł. W wyniku naszego bezustannego indagowania zaczyna się wokół fundacji skupiać i rozrastać wielodyscyplinowa społeczność ludzi czynnie zainteresowanych jej działalnością, będąca dla nas ważnym systemem orientacyjnym, co ułatwia nam z kolei dotarcie do innych ludzi, do innych dyscyplin nauki. W efekcie nasze programy zawsze są wypadkową pomiędzy tym, co chciałyby zaproponować władze fundacji, a tym, co sugeruje środowisko. Każdy nowy program jest odbiciem bardzo wielu impulsów płynących z zewnątrz.

Kiedyś fundacja jako źródło dodatkowego wsparcia była dla nauki swoistą oazą na pustyni, obecnie działa już na tym obszarze wiele instytucji, w tym także zagranicznych, przyznających stypendia, nagrody, granty. Czy to ma wpływ na sposób działania fundacji, może na ustalanie jej priorytetów?

Fakt, że powstają nowe instytucje wspomagające finansowo naukę, to powód do radości. Są to jednakże z zasady niewielkie placówki, najczęściej powstające przy uniwersytetach czy instytutach PAN fundacje, w znacznym stopniu wyspecjalizowane, zawężone do jednej tylko dyscypliny, czy też do jednej, macierzystej placówki. Poziom ich możliwości finansowych długo jeszcze nic dorówna możliwościom FNP. Tak więc nadal fundacja pozostaje w Polsce najpoważniejszym pozabudżetowym źródłem finansowania nauki. Należy jednak widzieć realne rozmiary tego wspomagania - kwota corocznych subwencji przyznawanych nauce przez fundację (około dwudziestu kilku milionów złotych) równa się zaledwie 1 procentowi tego, co otrzymuje nauka od KBN. Mimo tej ogromnej różnicy proporcji przedsięwzięcia fundacji są dobrze widoczne, bo wspierają zamierzenia i dokonania naukowe starannie wyselekcjonowane, wyłącznie pierwszorzędne. Fundacja z samego założenia jest "niesprawiedliwa", ponieważ wybiera tylko to, co należy do szczytowych osiągnięć naukowych, natomiast KBN musi starać się służyć sprawiedliwie całemu codziennemu życiu nauki - w jego wzlotach i przeciętnościach.

W roku 2000 fundacja została wymieniona w zapisach ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji z 29 marca 2000 roku. Ma otrzymywać dwa procent akcji prywatyzowanych spółek Skarbu Państwa, które zasilą jej majątek. Czy ten fakt w znaczący sposób wpłynie na zakres działań FNP w niedalekiej przyszłości?

Muszę powiedzieć, że te dwa procent wpływów dla fundacji wydaje się w tej chwili mocno wątpliwe. Prywatyzacja postępuje bardzo wolno i nic nie zapowiada istotnej zmiany Można przyjąć, że te wpływy będą miały rozmiar jakiegoś incydentalnego "kapania", które nie odmieni radykalnie finansowych możliwości FNP Natomiast gdyby prywatyzację realizowano zgodnie z pierwotnym planem, dynamicznie, te dwuprocentowe "zastrzyki" oznaczałyby radykalną odmianę w możliwościach finansowych fundacji i spowodowałyby bez wątpienia konieczność dokonania znacznych przeobrażeń w zakresie jej działania oraz w samym systemie jej pracy. Dochodząc do innego rzędu wielkości środków finansowych pozostających do dyspozycji, musielibyśmy wprowadzić wiele nowych programów, obejmujących nieporównywalnie większą rzeszę potencjalnych uczestników. Programów - co oczywiste - o długofalowym charakterze. Ale to na razie tylko swobodne rojenia...

Czy dzięki wsparciu fundacji dokonał się w jakiejś dziedzinie czy w środowisku naukowym skok jakościowy?

Dziesięć lat to nie jest zbyt długi okres dla takiej instytucji. Ale z pewnością fundacji udało się mocno wesprzeć poprzez zakup aparatury różne dyscypliny naukowe, takie jak chemia, inżynieria materiałowa, biologia molekularna. Dzięki lepszemu wyposażeniu laboratoriów i pracowni uczeni nie muszą się udawać na peregrynacje zagraniczne po to, aby popracować na porządnej aparaturze. Widać też znaczącą rolę i pozytywne rezultaty naszych programów stypendialnych, które objęły już ponad tysiąc osób; część z tego grona zostaje potem w swoich środowiskach liderami. Ważne cele spełniają też trzyletnie subsydia przyznawane wytypowanym drogą konkursu uczonym na pracę badawczą, które dają ludziom odgrywającym już wcześniej ważną rolę w swoich środowiskach możliwość dalszego wzmocnienia swojej naukowej pozycji i efektywnego działania na rzecz macierzystych placówek. Fundacja w taki właśnie sposób konsekwentnie działa na rzecz tych elitarnych środowisk i kręgów badawczych, które mają szanse w swoim otoczeniu naukowym stać się lokomotywami postępu. Ten aspekt działalności fundacji - nagradzanie tego, co pierwszorzędne i co elitarne, a co inaczej nie uzyskałoby wsparcia - uważałbym za bardzo istotny. To uznać należy za bezsprzeczne jej osiągnięcie.

Ale czy to zawsze oznacza, że fundacja postrzegana jest przez środowisko naukowe pozytywnie, czy też zdarza się, że jest krytykowana za to, że wybierając najlepszych, zaniedbuje tych nieco słabszych?

Bywa, że stajemy się z tego powodu przedmiotem krytyki. Ale nie jesteśmy na nią szczególnie wrażliwi, ponieważ uważamy, że naukę rozwija się dzięki ciągłemu wchodzeniu w jej obszar ludzi nieprzeciętnie zdolnych oraz środowisk, które potrafią podjąć nowe zadania badawcze. Takie są reguły tej gry i wszyscy, którzy biorą udział w konkursach fundacji, znają nasze zasady.

Jakich koncepcji programowych można oczekiwać ze strony fundacji w nadchodzących latach zakładając, że nie dojdzie do istotnych zmian wywołanych realizacją zapisu wspomnianej ustawy prywatyzacyjnej?


Na pewno będziemy dalej kierować nasze zainteresowania i środki na programy bezpośredniego subsydiowania uczonych, ponieważ uważamy, że jest to doskonały sposób decentralizacji ruchu umysłowego. Drugi kierunek, o którym myślimy, a który jest odbiciem naszych rozmów i sondaży, to działanie na rzecz wyrównywania szans poszczególnych ośrodków badawczych i szkół wyższych. Zastanawiamy się nad tym, jak stworzyć system bodźców materialnych, by profesorowie dobrych uniwersytetów zechcieli przez jakiś czas uczyć w gorszych placówkach, dając im w ten sposób impuls rozwojowy. Sądzę, że równie ważny byłby ruch w odwrotnym kierunku - tak aby ludzie z tych dobrych uczelni zapraszali do siebie kolegów ze słabszych ośrodków z myślą o daniu im szansy szybszego, bardziej intensywnego rozwoju naukowego.

Czyżby zapowiadało to odejście fundacji od nadrzędnej dewizy programowej o wspieraniu wyłącznie najlepszych?

To raczej jej rozszerzenie - chodzi nie tylko o nagradzanie najlepszych, ale o to aby właśnie oni wspierali słabszych. Na razie jest to tylko idea, natomiast stworzenie i opracowanie odpowiedniego programu będzie sprawą niełatwą; gdy się uda, uznamy to za duży sukces. Oczywiście, będzie to program długofalowy, zgodnie z przyjętym założeniem, że - poza interwencyjnym programem SUBIN - fundacja redukuje obecnie programy roczne o charakterze doraźnym.

Dziękuję za rozmowę.