| |
|
Forum
Akademickie, 07-08, 2004
I daleko, i blisko
Komórki układu odpornościowego mogą dotrzeć
do guza, ale tam są uśmiercane. Wydaje nam się, że już wiemy,
jaka substancja
jest za to odpowiedzialna, a teraz prowadzimy badania nad
pewnymi rekombinowanymi cząsteczkami, które mogą się okazać
skuteczną bronią.
Rozmowa z prof. dr hab. Bożeną Kamińską-Kaczmarek, biologiem,
laureatką konkursu Subsydia dla uczonych FNP 2004
Jeszcze w czwartej klasie licealnej myślałam, że będę studiować
historię albo archeologię. Mój tata i dziadek interesowali
się historią Polski, mimo że zawodowo zajmowali się czym
innym. Czytałam mnóstwo książek dotyczących starożytności,
historii Anglii, obu Ameryk. Na parę miesięcy przed maturą
zdałam sobie jednak sprawę, że chciałabym robić coś bardziej
pożytecznego. Bezpośrednim impulsem stał się artykuł prof.
Wiesława Jędrzejczaka, który był mentorem mego późniejszego
męża i mocno wpłynął także na jego zainteresowania. Artykuł
w piśmie młodzieżowym dotyczył interferonu - substancji hamującej
wzrost komórek, zatem być może mającej działanie przeciwnowotworowe.
Pomyślałam, że historia nie przyniesie mi takiej ekscytacji,
jak poznawanie problemów biologicznych, których rozwiązania
mogą mieć znaczenie praktyczne. Rozważałam studiowanie medycyny,
ale wydawało mi się, że nie potrafię znieść stresu związanego
z pracą lekarza.
- Jak rozumiem, zajmuje się Pani zagadnieniami kluczowymi
dla medycyny, ale z dala od łóżka chorego?
- Tak. W czasie studiów na biologii zafascynowały mnie koncepcje
mówiące, że być może komórki nowotworowe są podobne do komórek
embrionalnych - w swojej zdolności do ciągłych podziałów,
braku zróżnicowania - i wybrałam sobie jako specjalizację
embriologię, a dodatkowo genetykę. Studiowałam w bardzo dobrym
okresie, kiedy obie te dziedziny żywo się rozwijały, przynosząc
ciągle nowe odkrycia. Skończyłam studia w roku 1985. Pojawiało
się wtedy mnóstwo publikacji o onkogenach, czyli takich genach,
które jeżeli są zmienione, to ich produkty powodują, że komórka
staje się nowotworowa. Ogromnie powiększała się wiedza o
czynnikach wzrostowych, czyli substancjach, które w ogóle
kontrolują namnażanie się komórek i o mechanizmie ich działania.
- Weszła Pani od razu w samo sedno współczesnej biologii...
- Miałam dużo szczęścia. Bardzo aktywnie działało Studenckie
Koło Genetyków. Przygotowywaliśmy referaty na temat embriogenezy
- co się np. dzieje, kiedy komórka zarodka wymyka się spod
kontroli? Miałam kontakty z embriologami z Akademii Medycznej,
od których dostawałam najnowsze publikacje. Ośmieliłam się,
jeszcze jako studentka, napisać "przeglądówkę" o roli onkogenów
i mechanizmach proliferacji komórek - na podstawie lektury
wielu artykułów w języku angielskim, streszczając i systematyzując
ich zawartość. Praca została opublikowana, a mnie zaproszono
z referatem na konferencję, gdzie prezentowałam całą tę wiedzę.
Dzisiaj widzę, że to wymagało... tupetu.
- Świadczyło o Pani autentycznej pasji naukowej, ale i o
dobrych stosunkach na wydziale biologii.
- Rzeczywiście, nigdy nie ograniczano mojej aktywności.
Pozwalano mi robić to, co proponowałam.
- Wyobrażam sobie, że proponowała Pani rzeczy ważne i robiła
to śmiało. Proszę powiedzieć o tych kolejnych propozycjach,
tj. o rozwoju swoich badań.
- Nauka jest dla mnie obszarem znaków zapytania. Każdy wywołuje
dreszcz - ciekawości i chęci, żeby spróbować odpowiedzieć.
Ponieważ wiedziałam, że chcę się zajmować czymś, co może
przynieść skutki praktyczne, w medycynie, zgłosiłam się do
zespołu pani prof. Barbary Grzelakowskiej-Sztabert w Instytucie
Biologii Doświadczalnej. Od początku pracuję w tym samym
instytucie. Badano tam, jak pewne substancje, podejrzewane
o to, że mogą mieć działanie przeciwnowotworowe, zachowują
się w organizmie. Robiono to dosyć prostymi metodami biochemicznymi,
mnie marzyły się bardziej wyrafinowane, które znałam z publikacji,
ale sama praca naukowa dostarczała mi wielkiej radości. Potem
zainteresowały mnie sprawy bardziej podstawowe - badanie
mechanizmów kontrolujących podział komórek.
- Przyszedł czas na te bardziej wyrafinowane metody?
- Z moim przyszłym mężem Leszkiem Kaczmarkiem zaczęliśmy
badać ekspresję genów, to była już biologia molekularna.
Korzystaliśmy ze sprzętu w sąsiednim Instytucie Onkologii,
a nasze pierwsze urządzenie, pozwalające zobaczyć DNA, zrobiliśmy
sami z lampy ultrafioletowej, przywiezionej przez Leszka
z zagranicy i... foremki do ciasta oklejonej folią. Przez
pierwszych dziesięć lat właściwie urządzaliśmy miejsce pracy,
zabiegając gdzie się dało o pieniądze na aparaturę. Ale,
oczywiście, badania przynosiły już pewne rezultaty. Skoro
wiadomo było, że to onkogeny powodują przekształcenie się
komórki prawidłowej w nowotworową, trzeba się było im bliżej
przyjrzeć, schodząc na poziom molekularny.
- Czy gdzie indziej w Polsce robiono podobne badania i jak
to się miało do poziomu światowego?
- W 1987 roku podobne badania prowadzono w kilku miejscach
Polski, m.in. w Instytucie Onkologii (starałam się tam o
pracę po studiach). Natomiast na świecie były one już bardzo
zaawansowane, na innych komórkach, innych modelach. W początkach
lat osiemdziesiątych zidentyfikowano konkretne geny odpowiedzialne
za namnażanie się komórek. Wiadomo było, że jeżeli takie
geny ulegają mutacji, to cykl zostaje zaburzony i komórka
zaczyna dzielić się w nieskończoność, ale szczegółowe mechanizmy
nie były jeszcze wyjaśnione.
- Jak dużo jest onkogenów w komórkach?
- Trudno podać konkretną liczbę, tym bardziej że lista nie
jest zamknięta i coraz to ujawniają się nowe geny. Na podstawie
wyników innych uczonych i naszych badań sformułowaliśmy hipotezę,
że istnieje swego rodzaju hierarchia. Pewne klasy genów,
odpowiedzialne za poszczególne "programy" - np. różnicowania
albo śmierci komórki - są sterowane przez geny nadrzędne.
Nam się udało wytypować kilka takich głównych genów, dyrygujących
całymi programami i na nich się skupiliśmy. W zależności
od stanu komórki, od tego, czy ona się dzieli, czy nie, czy
jest uszkodzona, czy zdrowa, ten sam czynnik może wywołać
różne skutki.
- Czy hipoteza Państwa była oryginalna?
- Myślę, że była dość oryginalna. Kiedy ją sformułowaliśmy,
przekonanie o istnieniu genów nadrzędnych - a zwłaszcza o
tym, że te same czynniki, w zależności od kontekstu, mogą
mieć odmienny wpływ na procesy życiowe komórek - nie było
powszechnie uznawane. Leszek Kaczmarek miał wtedy duże kłopoty
z publikowaniem danych wskazujących, że te same geny, które
ulegają aktywacji w cyklu komórkowym i nowotworach, uczestniczą
także w procesach uczenia się i pamięci. Nasze drogi naukowe
później się rozeszły. Mój małżonek skoncentrował się na badaniu
genów "dyrygujących" właśnie procesami uczenia się i pamięci,
a ja próbowałam odpowiedzieć na pytanie, czy i które z tych
genów uczestniczą w wywoływaniu śmierci komórki. Na początku
lat dziewięćdziesiątych pojawiły się pierwsze informacje
o molekularnych mechanizmach tzw. programowanej śmierci komórkowej.
Komórka, aby cały organizm był bezpieczny, ma zakodowany
program umożliwiający jej samobójstwo. Kiedy jest uszkodzona,
zanim np. przekształci się w komórkę nowotworową, może uruchomić
program samozniszczenia, zwany apoptozą. Podejmując badania
nad mechanizmami apoptozy kierowałam się przekonaniem, że
być może udałoby się wytypować najbardziej istotne czynniki,
które powodują włączanie bądź wyłączanie tego programu śmierci
komórkowej.
- I udało się?
- Udało się. W kilku pracach udowodniliśmy, że indukcji
apoptozy w różnych sytuacjach, np. śmierci komórek nerwowych
po drgawkach albo wywoływanej lekiem śmierci komórek nowotworowych,
towarzyszy indukcja tego samego czynnika transkrypcyjnego.
Dzięki temu, że zyskaliśmy nowe możliwości badawcze, m.in.
hamowania lub zwiększania ekspresji genów w dowolny sposób,
będziemy mogli prześledzić i zrozumieć wszystkie mechanizmy
ich działania. To, co teraz w moim zespole chcemy robić,
co zostało zgłoszone w konkursie o subsydium, to tworzenie
wariantów pewnych genów, po to, by zmieniać ich produkty,
tj. białka. Możemy tak zmodyfikować komórkę, że "unieczynnimy"
w niej pojedyncze białko i zobaczymy, co się wtedy dzieje.
Jest to już nie tylko rejestrowanie korelacji jednego zdarzenia
z drugim, ale poznawanie ich związku przyczynowo-skutkowego.
- Procesy te są ogromnie złożone. Czy wiele czynników istotnych
lub decydujących o ich przebiegu uczeni już poznali? Czy
potrafią na nie wpływać?
- Znamy paręset czynników transkrypcyjnych. Połowa z nich
jest bardzo ważna, sto jest superważnych, a pięćdziesiąt
hiperważnych. Te ostatnie decydują o wszystkim, co się dzieje
w komórce. Przy czym jest to jeszcze bardziej złożone, ponieważ
to samo białko w jednej komórce pełni jakąś rolę, a w innej,
np. zmienionej nowotworowo, zupełnie inną. W każdym razie
badanie tych ról przybliża nas do poznania także procesów
nowotworzenia.
- Wiem, że te interesują Panią najbardziej. Czy do ich zadowalającego
wyjaśnienia, a w ślad za tym - możliwości skutecznej terapii,
jest jeszcze daleko?
- I daleko, i blisko. Badamy np. pewną substancję, która
wywołuje śmierć w komórkach glejaków (pochodzących z guzów
mózgu, bardzo trudnych w leczeniu). Potrafimy wywołać śmierć
komórek in vitro. Żeby jednak stwierdzić, czy ta substancja
działa tak samo w organizmie żywym, trzeba użyć zupełnie
innych modeli badawczych. Trzeba szczurowi wszczepić do mózgu
komórki nowotworowe, podziałać na nie ową substancją i zobaczyć,
co się dzieje. Wstępne tego rodzaju badania pokazały, że
"nasza" substancja po dwudziestu czterech godzinach ulega
metabolizmowi i znika z organizmu. Musimy więc jeszcze popracować
nad tym, jak zapewnić jej stały wysoki poziom. Dopiero pozytywne
wyniki badań na zwierzętach mogą mieć duże implikacje kliniczne.
Uzyskaliśmy szereg wyników pozwalających zrozumieć, jak umierają
komórki glejaka. Np. taki, że jeżeli w komórkach guzów mózgu
dojdzie do mutacji w genie p53, który jest nazywany "strażnikiem
genomu", terapie obecnie stosowane w ogóle nie działają,
ponieważ program samozniszczenia jest zablokowany. Należałoby
zatem przed zastosowaniem terapii sprawdzić, czy komórki
pacjenta są zdolne na nią odpowiedzieć. Musimy pamiętać,
że komórki nowotworowe to ciągle komórki naszego organizmu.
Zmienione są w nich pewne procesy, np. zachodzą szybciej
albo ich regulacja jest inna niż normalnie. W związku z tym
selektywność, pozwalająca oddziaływać tylko na komórki nowotworowe,
jest jednym z najtrudniejszych problemów. Musimy przede wszystkim
zidentyfikować wszystko, co je różni od komórek prawidłowych.
Ostatnio został ogłoszony projekt KBN - tzw. grant zamawiany
- na badanie oddziaływań komórki nowotworowej z komórkami
gospodarza. Komórki nowotworowe, by móc się rozwijać, uruchamiają
wiele rozmaitych mechanizmów. Wyłączają np. układ odpornościowy,
który powinien je zwalczać, w ten sposób, że najpierw odróżnicowują
się, niejako maskują, przez co trudniej je rozpoznać, a następnie
wydzielają substancje blokujące nasz układ odpornościowy.
Potrafią także przyciągać naczynia krwionośne, żeby zapewnić
sobie odżywianie.
- Projekt, o którym Pani mówi, ma służyć dokładnemu poznaniu
wszystkich tych oddziaływań?
- Tak jest, a ponadto znalezieniu nowych strategii przeciwdziałania
im. Poszukiwania idą w dwu kierunkach. Z jednej strony chcielibyśmy
wzmocnić układ odpornościowy, z drugiej - jakoś wyznakować
komórkę nowotworową, żeby stała się bardziej obca, przez
to łatwiej rozpoznawalna dla układu odpornościowego. Rozwija
się ostatnio dziedzina immunoterapii, w której próbuje się
m.in. wytworzyć specyficzne przeciwciała, które działałyby
tylko na komórki nowotworowe. Czasami jeszcze dodatkowo sprzęga
się takie przeciwciało z jakąś substancją toksyczną, dostarczaną
przez nie wyłącznie do komórek nowotworowych. Dla nas ten
projekt jest bardzo atrakcyjny, ponieważ guzy mózgu, którymi
głównie się zajmujemy, są od tej strony bardzo słabo poznane.
Okazuje się np., że komórki układu odpornościowego mogą dotrzeć
do guza, ale tam są uśmiercane. Wydaje nam się, że już wiemy,
jaka substancja jest za to odpowiedzialna, a teraz prowadzimy
badania nad pewnymi rekombinowanymi cząsteczkami, które mogą
się okazać skuteczną bronią i chcielibyśmy uzbroić w nią
limfocyty, tj. komórki układu odpornościowego.
- Znów zapytam, w jakim stopniu to jest oryginalne?
- Zaglądałam niedawno na stronę internetową Narodowego Instytutu
Zdrowia w Bethesda (USA) i zobaczyłam, że prowadzą tam duży
program badawczy, mający na celu określenie mechanizmów immunologicznych
związanych z guzami mózgu. Wydaje mi się, że możemy zaproponować
zarówno pewną koncepcję tych mechanizmów - na poziomie molekularnym,
tzn. podstawowych reakcji zachodzących na styku: komórka
nowotworowa a całe środowisko mózgu - jak i narzędzia doświadczalne,
które wytworzyliśmy sobie do tych badań.
- Który kierunek może przynieść "ostateczne rozwiązanie"
- osłabianie komórek nowotworowych czy wzmacnianie układu
odpornościowego?
- Trudno przewidzieć. Podejrzewamy pewien związek chemiczny
o to, że działa zarówno na te pierwsze, jak i na otoczenie
guza, żeby produkowało mniej substancji potrzebnych do jego
wzrostu. To jest nasz "gorący temat", zamierzamy włożyć wiele
wysiłku w rozwiązanie tego problemu. Jesteśmy biologami molekularnymi,
pracujemy z białkami, z DNA, ewentualnie z komórkami. W pewnym
momencie, gdy już sporo wiemy o tych podstawowych reakcjach,
musimy sprawdzić, jak to działa na poziomie organizmu, co,
jak mówiłam, wymaga innego modelu doświadczalnego. Takim
modelem jest wszczepianie komórek guza mózgu - glejaka do
mózgu szczura, zawsze w to samo miejsce, zawsze tyle samo
komórek... Musi to być absolutnie powtarzalne.
- A do tego daleko?
- Jako niepoprawna optymistka sadzę, że nie tak bardzo.
Mam już pieniądze na aparaturę, szukam właściwej osoby do
pracy, przeprowadziliśmy wstępne doświadczenia na myszach.
- Na co przeznaczy Pani subsydium?
- Subsydium składa się z części stanowiącej stypendium beneficjanta
oraz dużej kwoty, którą przeznaczę na badania. Oprócz tego,
wystarczy na trzyletnie stypendium dla doktoranta - już rozmawiałam
z dwójką kandydatów - który zajmie się projektem związanym
z mechanizmami oddziaływań komórek guzów mózgu z otoczeniem.
Trzeba pamiętać, że dogłębne rozwiązanie istotnego problemu
zajmuje zwykle kilka lat. Przez ten czas bardzo ciężko pracujemy,
żeby potem opublikować wyniki w postaci naprawdę dobrej pracy,
która zostanie zauważona przez czołówkę światową. Do najbardziej
prestiżowych czasopism, jak "Nature" czy "Science", trudno
nam się przebić. O każdą publikację w "Oncogene. albo "Journal
of Biological Chemistry" walczyliśmy z recenzentami blisko
rok. Odnoszę wrażenie, że ciągle prace z naszego rejonu świata
postrzegane są jako gorsze. Skoro pyta pani o subsydium,
ważne jest to, że będziemy mieć pieniądze na bieżące wydatki.
Z instytutu dostajemy niewiele, wystarcza to na... pocztę,
telefony, ksero i prawie nic więcej. Środki z KBN-u otrzymuje
się zwykle po roku od złożenia wniosku o grant. Są one podzielone
na kategorie, muszą być z góry przeznaczone na określony
cel, co nie zawsze jest możliwe praktycznie dwa lata naprzód.
Bardzo dobrze, że są, ale czasem w Polsce łatwiej zdobyć
pieniądze na duży sprzęt niż na ten drobny albo na odczynniki.
Współpracujemy z laboratorium w Berlinie i dostaliśmy stamtąd
dziesięć linii komórek wyprowadzonych z ludzkich guzów, które
trzeba hodować przez wiele miesięcy i stale mieć odczynniki
do ich utrzymania. Najwięcej kosztuje mnie właśnie utrzymywanie
hodowli komórkowej. Dzięki subsydium odetchnę od tego utrapienia.
- Jak się współpracuje naukowo z własnym mężem?
- Widzę w tym istotny walor, mianowicie to, że mąż rozumie,
co to jest praca naukowa. Wie, że jest trudna, stresująca,
że pochłania o wiele więcej czasu niż inna praca i często
nie uwzględnia niedziel i świąt. Wie, jak bardzo taka praca
absorbuje i godzi się z tym, że zamiast uprasować koszulę,
muszę czasem przeczytać artykuł naukowy. Z perspektywy widzę
dobre skutki tego, że w pewnym momencie nasze zainteresowania
się zróżnicowały i rozeszły - oboje jesteśmy silnymi osobowościami,
mogły nam więc grozić bardzo żywiołowe dyskusje. A to, że
mnie się udaje godzić intensywną pracę naukową i wychowywać
dziecko - jak myślę, z sukcesem, bo bardzo dobrze mu idzie
- zawdzięczam partnerskiemu układowi w naszym małżeństwie.
Oboje uznajemy, że praca naukowa jest tak samo ważna, nie
ważniejsza, jak rodzina.
- Często rozmawiają Państwo o biologii?
- Zdaniem naszego syna - za często. Może znów będziemy bliżej
współpracować, bo w pracowni męża powstają niepowtarzalne
narzędzia badawcze, które przydałyby mi się do realizacji
projektów.
- Czy u młodych współpracowników widzi Pani taki zapał,
jaki oboje Państwa pchnął kiedyś na drogę naukową?
- Niestety, rzadko spotykam osoby tak ekscytujące się nauką,
jak ja kiedyś. Staram się zbierać takie osoby wokół siebie,
ale nie jest to łatwe, bo nie mamy zajęć ze studentami i
tylko z rzadka trafiają do nas magistranci. Młodzi ludzie
mają dzisiaj różne zainteresowania i mają też wiele możliwości
ich realizacji. A nauką warto się zajmować z pasją, bo tylko
wtedy można coś osiągnąć i mieć satysfakcję
Rozmawiała Magdalena Bajer
Prof. dr hab. Bożena Kamińska--Kaczmarek, biolog. Studia
na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego, specjalność
embriologia. Pracuje w Instytucie Biologii Doświadczalnej
Polskiej Akademii Nauk im. Nenckiego w Warszawie, gdzie kieruje
stworzoną przez siebie Pracownią Regulacji Transkrypcji.
Zajmuje się biologią molekularną i fizjologią komórek zwierzęcych,
w szczególności regulacją ekspresji genów zaangażowanych
w procesy apoptozy komórek nowotworowych i neurodegeneracji.
W 1997 roku uzyskała Nagrodę Prezesa Rady Ministrów za habilitację,
w 2004 roku Subsydium Profesorskie FNP. Członkini Komitetu
Cytobiologii PAN oraz sekretarz Komitetu Neurobiologii PAN.
Autorka prac naukowych w czasopismach o wysokiej renomie
i IF oraz popularnonaukowych. Promotorka pięciu przewodów
doktorskich.
Źródło:
|
|
|