| |
|
12,
2002
Progi Europy
Starałem się pokazywać Normanów, Germanów, Słowian jak ludy
różniące się między sobą rozmaitymi cechami, ale bez wartościowania.
Takie podejście pozwala uniknąć i kompleksu niższości, i
megalomanii.
Rozmowa z prof. Lechem Leciejewiczem, archeologiem,
laureatem nagrody FNP 2002 w dziedzinie nauk humanistycznych
Kiedy wybierał pan kierunek studiów, nie było archeologii
średniowiecznej. Czy archeologią w ogóle zainteresował się
pan wcześnie?
- Pochodzę z rodziny nauczycielskiej - uczyli dziadek, ciotka.
Ojciec był przed wojną wojskowym, po wojnie, żeby do wojska
nie wracać, został nauczycielem. W domu było dużo książek.
Jeśli szukać tropów wiodących do prehistorii, do czasów,
którymi interesują się archeologowie, to może w Starej baśni?
Dziewiętnastowieczne wydanie, z pięknymi rycinami Andriollego,
stoi w moim domu na honorowym miejscu.
Innym tropem był podręcznik Mówią wieki (dziś czasopismo
historyczne pod tym tytułem). Jeszcze innym, pomysł naszej
szkolnej polonistki, żebyśmy napisali "nowelę" z wykorzystaniem
słów archaicznych. Było to w Milanówku pod Warszawą, gdzie
podczas wojny mieszkałem u dziadków i "robiłem" gimnazjum
na tajnych kompletach. Szukając tych archaicznych motywów
przeczytałem dokładnie kronikę Galla Anonima w wydaniu Biblioteki
Narodowej (całą serię BN miała moja ciotka). Później duże
wrażenie wywarła na mnie Kossak-Szczucka, Krzyżowcy przede
wszystkim. I tak się zaczęło.
Po wojnie znalazłem w domowych zakamarkach ocalałe roczniki
kalendarza-dodatku do "Ilustrowanego Kuriera Codziennego",
gdzie znakomicie popularyzowano badania nad średniowieczem,
słowiańszczyzną, dawną Polską. Robili to historycy i archeolodzy.
W pewnym momencie pojawił się tam dział pod nazwą "Kronika
prehistoryczna", poświęcony najnowszym odkryciom archeologicznym,
ilustrowany doskonałymi fotografiami. Pisano o Biskupinie
(1934), o rozpoczętych - najpierw jako ratownicze - badaniach
w Gnieźnie, w Poznaniu, w innych miejscach. Chłonąłem to
wszystko zafascynowany.
W 1948 roku powstała koncepcja badań nad początkami państwa
polskiego i rozpoczęła się wielka akcja upowszechniania wiedzy
o tych początkach. Chodząc do liceum, za zarobione na korepetycjach
pieniądze kupowałem broszury i książki, które składały się
na biblioteczkę już, powiedziałbym, "fachową".
Na studia poszedłem do Poznania, gdzie wówczas działała
szkoła archeologiczna Józefa Kostrzewskiego, a jej adeptem
- i już wyróżniającym się badaczem - był Witold Hensel, i
historyczna: Kazimierz Tymieniecki, Gerard Labuda. Z Wilna
przyjechał Henryk Łowmiański, ze Lwowa Jan Czekanowski.
- Była to szkoła łącząca rozmaite zainteresowania i specjalności
- archeologię, historię (Łowmiański, Tymieniecki), antropologię
(Czekanowski)...
- Tak jest. W tym kręgu rodziła się wtedy nowoczesna prehistoria,
już wcześniej związana z etnografią, etnologią, antropologią
fizyczną i coraz bardziej wiążąca się z historią. Archeologię
wybrałem ostatecznie (studiowałem też historię) z dwu powodów.
Pierwszy, bardziej praktyczny, to że zanim znalazłem się
na studiach, w 1949 roku, dostałem zaproszenie na wykopaliska
do Tumu pod Łęczycą. Drugi - sytuacja polityczna skłaniająca
do zajęcia się epokami dawnymi, studia historyczne zostały
bowiem "odpowiednio" zreformowane.
Zostałem mediewistą i szybko zaczęło mnie interesować tło
kulturowe wydarzeń politycznych rozgrywających się w wiekach
średnich. Byłem pod dużym wrażeniem książki Stefana Czarnowskiego
Kultura, wznowionej zaraz po wojnie, potem zakazanej, jak
wszystkie przedwojenne prace socjologiczne, aż do październikowej
"odwilży". Koncepcja badania przeszłości w perspektywie antropologiczno-kulturowej,
jaką zaproponował Czarnowski, ukształtowała moją wyobraźnię
historyczną.
- Czy to była koncepcja oryginalna?
- I tak, i nie. Była prekursorska w Polsce przed wojną. Szybko
się przyjęła w postaci przekonania, że poznawanie pradziejów
musi się odbywać wspólnie, tj. z udziałem historyków, etnologów,
antropologów, archeologów. Ja sam mam na dyplomie wypisane:
"magister filozofii w zakresie antropologii, etnografii
z etnologią i prehistorii". Doktorat robiłem z nauk historycznych.
W początkach pracy naukowej byłem związany z zespołem Witolda
Hensla (Kostrzewskiego władze na jakiś czas odsunęły), który
dał mi asystenturę w Katedrze Archeologii Polski Uniwersytetu
Poznańskiego (tak się wówczas nazywał). Na początku lat pięćdziesiątych
termin "prehistoria" został wyklęty i zaczęło się mówić:
archeologia pradziejowa, średniowieczna...
- Przeciętny człowiek kojarzy archeologię w czasami dawniejszymi
niż średniowiecze.
- Archeologia średniowieczna rozwinęła się jako osobna dyscyplina
właściwie w ostatnich dziesięcioleciach.
- Polscy badacze, w tym także i Pan, mają w tym znaczący
udział.
- Zaczęło się od badań milenijnych, które były wielkim polem
działania, naturalnie nie tylko dla archeologów. Szefowali
im m.in.: Aleksander Gieysztor - historyk, Zdzisław Kępiński
- historyk sztuki, Zdzisław Rajewski, Kazimierz Majewski
- archeolodzy. Problematyka wczesnośredniowieczna - u nas
do XIII wieku - wysunęła się, z oczywistych względów, na
plan pierwszy. Historycy rozpoczęli wydawanie źródeł. Odbywały
się seminaria interdyscyplinarne z udziałem już nie tylko
tych wymienionych specjalistów, ale także językoznawców,
metalurgów, botaników, zoologów, geografów. Był to wielki
eksperyment badawczy, pierwszy na taką skalę w dziejach humanistyki
europejskiej. Ogromna tu zasługa Gieysztora i jego dobrych
kontaktów z badaczami wielu krajów. Zarazem te badania stanowiły,
jak się dzisiaj mówi, "niszę", pozwalającą przeżyć czasy
stalinowskie nie tylko bez uszczerbku dla nas samych, ale
z pożytkiem dla meritum sprawy. niemałą zasługę miał tu także
Hensel, który skupił wokół siebie, w Instytucie Historii
Kultury Materialnej PAN (dzisiaj Instytut Archeologii i Etnografii),
ludzi dobrych w swoich dziedzinach i niezależnie myślących.
- Polska mediewistyka "pokazała się" w świecie?
- Po pierwsze, dzięki kontaktom Gieysztora zainteresowali
się naszymi pracami Francuzi - szkoła "Annales" Fernanda
Braudela z jego wybitnym uczniem Jacquesem Le Goffem. Pierre
Francastel zorganizował w 1957 roku w Paryżu kolokwium
o początkach miast polskich - novum stanowiło to, że okazały
się one wcześniejsze niż lokacje miejskie na prawie niemieckim.
Dwa lata później Instytut Historyczny UW i IHKM PAN zrobiły
konferencję o rzemiośle i życiu miejskim w Polsce średniowiecznej,
której uczestnicy najpierw wysłuchali referatów, następnie
objechali najważniejsze stanowiska archeologiczne. Zrobiło
to na nich wielkie wrażenie.
- Czym zadziwiliśmy cudzoziemców?
- Myślę, że rozmachem, tj. kompleksowością naszych badań
nad początkami państwa, a może jeszcze bardziej ich interdyscyplinarnym
charakterem. O potrzebie badań interdyscyplinarnych mówiło
się już wtedy, ale rzadko je podejmowano. Uznanie za nasze
osiągnięcia zaowocowało wieloma zaproszeniami. Mnie wydelegowano
najpierw do Włoch. Ponieważ robiłem doktorat z miast nadmorskich
Pomorza Zachodniego, pojechałem z grupą Polaków badać początki
innego miasta nadmorskiego - Wenecji, na wyspie Torcello.
Kierowałem także pracami wykopaliskowymi na terenie kasztelu
longobardzkiego w Castelseprio koło Mediolanu. Chyba się
sprawdziliśmy, bo były propozycje dalszej współpracy. Niestety,
Gianpiero Bognetti, inicjator badań, postać zupełnie niezwykła
i jako uczony i jako człowiek, zmarł przedwcześnie i kontakt
się urwał. Ale z kolei Francuzi (Braudel ze swoim zespołem)
właśnie zapragnęli kopać opuszczone wsie średniowieczne
i oni z kolei nas zaprosili. Byłem szefem jednej z grup,
pracującej w Masywie Centralnym. Trzeba powiedzieć, że
inicjowali tę współpracę przede wszystkim historycy - archeolodzy
różnie na to patrzyli. Bardzo się ona rozwinęła. W końcu
lat siedemdziesiątych pojechałem jako ekspert do Hiszpanii,
gdzie badano osadę mozarabską w pobliżu Malagi (1978-82),
a później konsultowałem badania wykopaliskowe w Asturii
i Andaluzji. Nie będzie samochwalstwem twierdzenie, że
poprzez te prace mieliśmy znaczny udział w ukształtowaniu
się nowoczesnej archeologii średniowiecznej.
Wkrótce badania mediewistyczne z udziałem archeologii objęły
całą dzisiejszą Europę. Witold Hensel, który m.in. badał
starożytności słowiańskie w Bułgarii, był współinicjatorem
Unii Archeologii Słowiańskiej, koordynującej współpracę ze
Wschodem.
- Archeologia średniowieczna "wydzieliła się" z
prehistorii czy raczej powstała na pograniczu z historią?
- Myśmy u siebie, jeszcze dość długo, nie wydzielali jej
jako osobnej dyscypliny uniwersyteckiej. Byliśmy "dalszym
ciągiem" prehistorii, pod względem warsztatowym. Archeologowie
antyczni w krajach zachodnich, którzy odkopywali całe miasta,
nie przejmowali się zbytnio szczegółową dokumentacją zabytków,
toteż metoda stratygraficzna, lokująca je w kolejno odkrywanych
warstwach ziemi, która u prehistoryków i archeologów średniowiecznych
jest elementarnym narzędziem warsztatu badawczego, była dla
nich nowością.
Archeologia średniowieczna łączy metody właściwe archeologii
z metodami badań historycznych, jest więc "na pograniczu".
Sam termin wymyślili Anglicy, którzy w latach pięćdziesiątych
założyli czasopismo poświęcone tej dziedzinie i zaczęli przenikać
do środowisk naukowych na kontynencie. Myśmy używali terminu
"archeologia wczesnodziejowa", co, moim zdaniem, dobrze określa
rozległą perspektywę interpretacyjną, jaką daje wspomniane
połączenie. Źródła archeologiczne i historyczne niejako wzajemnie
się weryfikują, dzięki czemu patrzymy na to, co odsłaniają
wykopaliska, znając dalszy bieg dziejów.
- Wspominał pan parokroć o badaniu początków miast. Czy
one są głównym przedmiotem zainteresowania archeologów-mediewistów?
- Początki miast bardzo wiele mówią o średniowiecznym społeczeństwie
i o powstawaniu państwa. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych
(wcześniej w Niemczech) nasiliła się odbudowa miast zniszczonych
przez wojnę, zwłaszcza zespołów staromiejskich. Przykładem
choćby Wrocław, ale i Szczecin, a także mniejsze miasta,
jak Głogów czy Kołobrzeg. Wedle zachowanych źródeł, odtwarza
się bardzo piękne zespoły architektoniczne, Kołobrzeg na
przykład jest teraz zupełnie inny niż dwadzieścia lat temu,
a pochwalę się, że my, archeolodzy, mamy w tym udział.
- Kiedy znalazł się pan we Wrocławiu?
- W 1971 roku. Powstał wtedy Zakład Archeologii Nadodrza
(teraz to jest oddział Instytutu), a ponieważ prowadziłem
badania terenowe na Pomorzu, zaproponowano mi jego objęcie.
Wróciłem więc na Pomorze, ale polem naszych prac były teraz
także Śląsk i Ziemia Lubuska.
- Książka nagrodzona przez FNP, Nowa postać świata, ma podtytuł
Narodziny średniowiecznej cywilizacji europejskiej. Czy byliśmy
już przy tych narodzinach?
- Zanim odpowiem dokładniej, chcę przypomnieć, że Polska
leży w środku Europy - nie tylko w sensie geograficznym -
i wymienić korzyści, jakie z tego wynikają w badaniach z
mojej dziedziny. Otóż, mamy spojrzenie "na obie strony" -
wschód i zachód, a z takiej perspektywy lepiej widać całość.
Sam, jak już powiedziałem, prowadziłem i konsultowałem badania
w Hiszpanii, Francji, Włoszech. Wcześniej pisałem pracę magisterską
o możliwościach interpretacji społecznej cmentarzyska w Birce
w środkowej Szwecji, które zostało rozkopane jeszcze w XIX
wieku, no i badałem miasta słowiańskie.
- Na czym polega "społeczna" interpretacja wykopalisk?
- We wczesnych latach pięćdziesiątych, okresie u nas bardzo
trudnym, występowały dwa kierunki interpretacyjne. Jeden,
to spojrzenie socjologiczne, czy - jak powiedzielibyśmy
dzisiaj - antropologiczno-kulturowe, na źródła archeologiczne,
ujęte jednak w schematy typowe dla marksizmu. Drugi, tradycyjny,
to głównie klasyfikacja zabytków, ich opis, typologia,
metodami właściwymi archeologii. Moja praca miała być "interpretacją
socjologiczną", ale socjologia była wyklęta, więc trzeba
było w tytule napisać "społeczna". W środku była interpretacja
z punktu widzenia kultury człowieka, nie tylko materialnej,
ale i symbolicznej - próba odtworzenia całości ówczesnej
kultury. Interesowało mnie, w jakim stopniu w wyposażeniu
grobów znajdowało odbicie zróżnicowanie społeczne mieszkańców
miasta uważanego za najstarsze w Szwecji (IX-X wiek).
- Cmentarzysko było jedynym źródłem wiedzy na ten temat?
- Nie. Istnieją dwa źródła pisane do dziejów Birki - z IX
i XI wieku. W jakiej mierze wykopaliska potwierdzają to,
co mówią owe przekazy historyczne? Trzeba było przebadać
ponad tysiąc grobów na wielkim obszarze. Pomogły mi w tym
metody statystyczne wprowadzone do archeologii i etnologii
przez Jana Czekanowskiego. Na jednym diagramie udało się
pokazać korelacje pomiędzy występowaniem różnego typu zabytków,
różnych elementów obrządku pogrzebowego. Było to wtedy
novum (Czekanowski był zachwycony), później zaczęto te
metody powszechniej stosować, choć archeologowie nie są
z matematyką za pan brat.
- Jakie odpowiedzi pan uzyskał?
- Dowiedziałem się, jak zróżnicowanie społeczne rzutuje na
sposoby chowania zmarłych. Na tym cmentarzysku były groby
wojowników, wielmożów, bogatych kobiet, ale także uboższej
ludności, rozmaicie wyposażone, czasem w ogóle bez wyposażenia.
Podobne zróżnicowanie charakteryzowało całą Europę w tym
przejściowym okresie przyjmowania chrześcijaństwa.
- Jeszcze później pojawił się w pana pracach wątek skandynawski.
Obejmowały one różne obszary wczesnośredniowiecznej Europy,
a nagrodzona książka jest syntezą tego okresu jej dziejów.
- Długo do takiej syntezy dojrzewałem i poprzedziło ją sporo
publikacji. Witold Hensel, kiedy kierował IHKM-em, miał taką
ideę, żebyśmy opracowywali kulturę Europy wczesnośredniowiecznej
jako tło badań historycznych. W ramach zaprojektowanej serii
opublikowałem w 1979 roku książkę o Normanach, a wcześniej
zarys kultury Słowian Zachodnich. badałem Pomorze, ale i
Połabie. Moja habilitacja (1967) to było studium o miastach
Słowian między Łabą a Odrą. Dla Łużyczan napisałem zarys
ich dziejów od paleolitu do XI wieku, który wydała budziszyńska
Domowina w języku górnołużyckim, a potem były dwa wydania
niemieckie. Do tego nurtu zainteresowań należy także "Mały
słownik kultury dawnych Słowian, którego wydanie w Wiedzy
Powszechnej zainicjowałem. Mamy kilkutomowy Słownik starożytności
słowiańskich, ale choć "mały", jest poręczną pomocą dla badaczy
i źródłem wiedzy dla zainteresowanych, toteż spotkał się
z uznaniem.
Z jednej zatem strony Skandynawia, z drugiej Włochy, Francja,
Hiszpania, "w środku" Słowiańszczyzna - to dawało mi obraz
całości. Szkicem do tego obrazu, jeśli mogę tak to nazwać,
była książka Słowianie Zachodni. Z dziejów tworzenia się
średniowiecznej Europy, wydana w 1989 roku. Ja tę Europę
znam "z dotyku", chodziłem po niej pracując na stanowiskach
archeologicznych w tych wszystkich wymienionych krajach.
- Była rzeczywiście wspólna ludom zamieszkującym jej ziemie?
- Ona była wspólna od... neolitu. Bardzo się podzieliła w
okresie grecko-rzymskim. Świat śródziemnomorski przeszedł
wtedy próg cywilizacyjny, a poza nim było barbaricum. I
zaczęła się tworzyć Europa średniowieczna, obejmująca obie
te części. Druga, jeszcze w pierwszych stuleciach, miała
charakter barbaricum, dopiero w ciągu wieków IX-XI zamieszkujące
ją ludy wchodziły w krąg cywilizowanych.
- Z perspektywy historycznej to nie wydaje się późno; rozumiem,
że perspektywa archeologiczna jest dłuższa.
- Muszę powiedzieć, że dla mnie szczególny urok archeologii
polega na tym, iż pozwala ona wyjść poza tę zasłonę czy granicę,
jaką stanowią źródła pisane. Swobodnie wchodzę w świat starszy
niż opisany przez Widukinda czy Ibrahima ibn Jakuba. chodzę
- dosłownie - po tej ziemi, po której chodził Mieszko I,
dotykam wałów obronnych, które on budował. Byliśmy obecni
w Europie już w chwili jej narodzin jako wspólnoty jednoczącej
świat śródziemnomorski i barbaricum, od samego początku kształtowania
się średniowiecznej cywilizacji europejskiej.
- Czy bez źródeł pisanych byłoby "widać" średniowieczną
Europę?
- Byłoby "widać", ale jest, oczywiście, kwestia interpretacji.
Archeologia pradziejowa korzysta z etnologii, tj. ze znajomości
ludów pierwotnych obecnie żyjących. Kiedy badamy osiedle
neolityczne, to sięgamy do Nowej Gwinei czy środkowej Afryki,
gdzie struktury społeczne niewiele się zmieniły przez tysiąclecia.
A my, archeolodzy-mediewiści, mamy klucz w postaci źródeł
pisanych. Exemplum Birka - istnieją relacje kronikarskie,
jest cmentarzysko ze świetnie zachowanym wyposażeniem. Analizujemy,
jak to się ma do siebie.
- Jak w świetle tych badań wygląda proces jednoczenia się
świata śródziemnomorskiego z barbaricum?
- Trzeba pamiętać, że cywilizacja śródziemnomorska przeżyła
okres załamania w VII-VIII wieku. Potem odrodziła się na
zachodzie, gdzie powstało państwo Karola Wielkiego i, troszkę
później, na wschodzie w postaci Cesarstwa Wschodniorzymskiego,
czyli Bizancjum. Zaczęła się nowa integracja Europy poprzez
oddziaływanie na ludy barbaricum z jednej strony Skandynawów,
z drugiej Słowian Zachodnich, Węgrów i części Słowian Południowych,
te ludy weszły ostatecznie w krąg cywilizacji łacińskiej.
W IX wieku mieliśmy na Morawach misję Cyryla i Metodego,
która przyniosła owoce w kręgu bizantyjskim. Bizancjum zaś
oddziaływało na swoich słowiańskich sąsiadów na Bałkanach,
tj. Bułgarię, Serbię, Czarnogórę i na Ruś, czyli Słowian
Wschodnich (cechy bizantyjskie upatrujemy nawet w obyczajowości
Związku Radzieckiego). W XI wieku Ruś Kijowska była potężnym,
rozwiniętym cywilizacyjnie i jednym z najbardziej oświeconych
krajów Europy dzięki piśmiennictwu w języku narodowym. Podczas
gdy u nas łacina stanowiła istotną barierę, tam ludność miejska
pisała listy i notatki na korze brzozowej, której zwitki
archeologowie odkryli najpierw w Nowogrodzie Wielkim, a potem
w innych miastach. Uderzenie mongolskie w XIII wieku podcięło
podstawy świetności Rusi.
- Zarówno łaciński Zachód, jak Bizancjum należały do kultury
chrześcijańskiej.
- I to było podstawowym czynnikiem integrującym oraz kształtującym
średniowieczną Europę. Nie tylko wiara w Boga czy kult religijny,
ale cała kultura intelektualna - przede wszystkim pismo -
i artystyczna. Myślę, że tak jest do dzisiaj, jakkolwiek
wciąż widać granicę między obszarami oddziaływania obu centrów.
Jeśli pojedziemy do Jugosławii, zobaczymy ją wyraźnie w architekturze.
Przed wojną przebiegała przez Polskę, teraz mamy inne granice
państwowe, a także następują procesy unifikacyjne w całej
Europie, trudniej zatem odczytać to, że w pewnym momencie
dziejów Zachód poszedł swoją drogą, Bizancjum swoją. Na Zachodzie,
w efekcie zderzenia się świata barbarzyńskiego z imperium
rzymskim, szybko powstawały struktury poziome, tzn. różne
grupy społeczne łączyły się i broniły swoich praw. Zanim
jeszcze ukształtował się ustrój stanowy, w późnym średniowieczu,
miasta uzyskały własne odrębne prawa. W Bizancjum panowała
autokracja. Dominowały, jak to określił jeden z rosyjskich
badaczy, struktury pionowe. Władza przenosiła się od cesarza
w dół. Taki sposób rządzenia został później przeniesiony
i w nowej postaci zrealizowany w Rosji, pod pewnym jeszcze
dodatkowym wpływem ludów stepowych, Mongołów.
W okresie średniowiecza ukształtowały się też odmienne typy
mentalności. Na Zachodzie wykształcił się indywidualizm,
społeczność była dynamiczna, kupcy i rzemieślnicy organizowali
się, ruszali w świat. Bizancjum, zagrożone stale przez Arabów,
później Turków, było bardziej izolowane, zamknięte, w końcu
upadło, a kultura symboliczna przetrwała w klasztorach górskich,
w cerkiewkach. Ta kultura, zwłaszcza sztuka, oddziaływała
na Europę. Kiedy kopałem na Torcello koło Wenecji, wyraźnie
widziałem tam "forpocztę" Bizancjum.
- Co ludy barbaricum wniosły do wspólnej Europy?
- Badałem Normanów i Słowian, którzy wnieśli swoje odmienne
cechy i związane z nimi różne wartości. Normanowie, lud
morskich żeglarzy, bitni, odważni. mało mieli miejsca na
uprawę roli, wobec tego hodowali bydło, a zboże importowali
z ziem słowiańskich już w X wieku (odkopano magazyny zbożowe).
Słowianie - mniej ruchliwi, mniej zorganizowani, skorzy
do anarchii, dobrzy rolnicy. Nie przypadkiem Polska stała
się głównym dostarczycielem zboża dla miast angielskich
i flandryjskich.
- Kiedy definitywnie kończy się barbaricum i jest już jedna
Europa?
- Kiedy wszystkie te ludy przyjmują chrześcijaństwo i wchodzą
w krąg cywilizacji łacińskiej. Wielkie Morawy - IX wiek.
Czechy, Polska, Węgry, Ruś, Skandynawia - X-XI wiek. Oczywiście,
to jest proces, który trwa, na przykład w starej Uppsali
działał ośrodek kultowy jeszcze w drugiej połowie XI wieku,
a na Połabiu i Pomorzu chrześcijaństwo zapuściło korzenie
na dobre w wieku XII. Najdłużej trwali w pogaństwie Bałtowie,
Prusowie, czyli siedzący w lasach przodkowie Litwinów i Łotyszów,
a dalej na północ Ugrofinowie.
- Do czego w tym najdawniejszym dziedzictwie możemy nawiązywać?
- Sformułowałbym to inaczej - o czym powinniśmy pamiętać?
O tym, co sobie czasem - ostatnio częściej - przypominamy,
że w cywilizowanej Europie jesteśmy od tysiąca lat (pojęcie:
Europejczyk pojawiło się w VIII wieku, po bitwie pod Poitiers).
Wobec tego cały dorobek europejskiej kultury jest wspólny.
To zobowiązuje do dbania i pomnażania go. Nie powinniśmy
zbytnio podkreślać różnic między Wschodem i Zachodem, co
znaczy, że musimy traktować naszych sąsiadów jak partnerów
w wykonywaniu wspólnych zadań. Starałem się w swojej książce
pokazywać Normanów, Germanów, Słowian, Bałtów, jak ludy
różniące się między sobą rozmaitymi cechami, ale bez wartościowania.
Takie podejście pozwala uniknąć i kompleksu niższości,
i megalomanii.
Rozmawiała Magdalena Bajer
Źródło:
|
|
|