17.03.2004
dr
Wojciech Grochala
Rocznik 1972. Jeden z obiecujących polskich
naukowców młodego pokolenia. Studia chemiczne na Uniwersytecie
Warszawskim
zrobił w cztery lata, doktorat w trzy, w marcu tego roku
złożył habilitację na Wydziale Chemii UW. Stypendysta Fundacji
na rzecz Nauki Polskiej, Fundacji Crescendum Est-Polonia,
amerykańskiej Fundacji Kościuszkowskiej, brytyjskiego Royal
Society.
Przez dwa lata pracował na słynnym Cornell University (USA)
pod kierunkiem Roalda Hoffmanna, laureata Nagrody Nobla.
Zajmował się projektowaniem nadprzewodników. Następnie przebywał
w Photonics Research Ontario w Toronto (Kanada) i na Uniwersytecie
Birmingham (Wlk. Brytania). To właśnie tam, współpracując
z europejskim programem FUCHSIA, zainteresował się problemem
baków na wodór. W 2002 roku wrócił na Uniwersytet Warszawski.
Udało mu się uzyskać trzy granty na łączną sumę 50 tys. dolarów. "To
śmiesznie mało jak na porządne badania eksperymentalne -
mówi. - Ale i tak się cieszę, bo w Polsce to bardzo rzadki
przypadek, że ktoś wraca z zagranicy i dostaje pieniądze
na zbudowanie sobie od podstaw laboratorium".
Grochala ostatnio stara się o fundusze z NATO jako koordynator
badań nad technologiami wodorowymi w kilku grupach badawczych
z USA, Słowenii, Rumunii i Polski. W przyszłości myśli o
opatentowaniu swoich wyników. Na nasze pytanie, czy wkrótce
zostanie milionerem, odpowiada: "To zależy od tylu różnych
rzeczy. Ale jeśli dopisze mi szczęście, kto wie?".
Auto z wiatrakiem na dachu.
Rozmowa z dr. Wojciechem Grochalą
Czy wodorowe auta będą równie nieszkodliwe jak czajniki?
Kiedy przesiądziemy się do aut na wodór?
Będzie jak z komórkami - 15 lat temu mało kto mógł sobie
na nie pozwolić, dziś ma je prawie każdy, nawet po kilka
sztuk. Przypuszczam, że ok. 2020 roku technologia wodorowa
znajdzie się na podobnym etapie rozwoju jak telefony komórkowe
przed 15 laty: wodór będzie tylko niewiele droższy od benzyny,
ogniwo wodorowe od klasycznego silnika, a wodorowy bak od
zwykłego zbiornika na paliwo.
To realny scenariusz?
Na science fiction nikt nie wykładałby tak olbrzymich pieniędzy.
Sam rząd USA na stworzenie samochodu na wodór przeznacza
40 mln dolarów rocznie. Firmy prywatne dorzucają do tego
150 mln. Amerykański rządowy program rozwoju ogniw paliwowych,
czyli odpowiednika dotychczasowych silników, to dodatkowe
340 mln dolarów plus proporcjonalnie większe pieniądze z
firm prywatnych. NASA też ma swoje - najczęściej ściśle tajne
- programy. W sumie w samych Stanach wydaje się więc na technologie
wodorowe około miliarda dolarów rocznie.
Są jakieś konkretne rezultaty?
Już dziś po świecie jeździ pół setki samochodów na wodór
z ogniwami paliwowymi. Kilkanaście prototypów zrobiło BMW
w 1999 roku. W podobne projekty szybko zaangażowały się Honda
i Toyota, a ostatnio General Motors. To dziś najważniejsi
gracze, choć i mniejsze firmy uważają za punkt honoru, by
wyprodukować swój model samochodu na wodór. Na razie takie
auta jeżdżą na stałe na lotnisku we Frankfurcie, gdzie mają
nawet specjalną stację "wodorową". Autobusy testowe
kursowały też w Vancouver i Chicago, a od niedawna jeżdżą
po Londynie. Zrobiono też pierwszy krok w stronę komercjalizacji
- pod koniec 2002 roku Honda i Toyota wypuściły w Kalifornii
i w Japonii pierwszych kilkanaście wodorowych aut na sprzedaż.
Droga taka limuzyna?
Kilka razy droższa od bardzo dobrego samochodu. Kosztuje
nawet ćwierć miliona dolarów. Dlatego dziś to głównie modna
zabawka dla zamożnych ludzi, którzy chcą pokazać, jak bardzo
są ekologiczni. Na podobnej zasadzie w Niemczech sprzedaje
się dwa rodzaje energii: tańszą, ale brudną i droższą, ale
czystszą. Wielu wybiera droższą. Od takiej ekskluzywnej niszy
odbiorców zaczyna każde novum...
Czajnik na kółkach
Po co w ogóle robić auta na wodór? Ze strachu przed efektem
cieplarnianym? Przejmujesz się nim?
Ja nie bardzo Ale niektóre rządy tak. Wiele państw stawia
coraz wyższe wymagania ekologiczne i to nakręca ten biznes.
Islandia deklaruje chociażby, że ze względu na swoje źródła
geotermalne już za 30 lat stanie się krajem korzystającym
wyłącznie z energii odnawialnej. Ale Islandczycy nie załatwią
przecież wszystkich swoich potrzeb za pomocą ciepłych źródeł.
Domy ogrzeją, energię konieczną do zapalenia żarówek uzyskają
- to fakt, ale muszą też mieć co wlać do baku.
Na przykład wodór?
Właśnie.
Czy wodorowe auta są rzeczywiście równie nieszkodliwe jak
czajniki - z rur wydechowych wydobywa się wyłącznie para
wodna?
To przyszłość. Na razie wodór wcale nie jest taki przyjazny
dla środowiska. Choć podczas jego spalania zamiast dwutlenku
węgla i innych zanieczyszczeń faktycznie powstaje tylko para
wodna, to trzeba jeszcze uwzględnić, skąd się ten wodór wziął.
Dziś jest on prawie w 100 procentach wytwarzany z ropy lub
węgla. A dla przyrody to obojętne, czy dwutlenek węgla pochodzi
bezpośrednio z nieekologicznego samochodu, czy pośrednio
z produkcji paliwa wodorowego w nieekologicznej fabryce.
To dlaczego ekolodzy walczą o auta na wodór?
Bo wierzą, że wodór to wymarzone ekologiczne paliwo przyszłości.
Wytwarzane z wody z całkowitym pominięciem paliw kopalnych.
Już Jules Verne w 1874 roku pisał: "Wierzę, że przyjdzie
dzień, gdy wodór i tlen, które razem tworzą wodę, będą użyte
jako niewyczerpalne źródło ciepła i światła". To były
prorocze słowa.
Ale woda sama się w wodór nie zamieni. Trzeba mieć do tego
energię. Skąd ją brać?
Załóżmy, że nie będziemy korzystać z energii jądrowej, bo
ona ostatnio nie jest zbyt lubiana i bywa niebezpieczna.
Można jednak wykorzystać źródła odnawialne: promieniowanie
słoneczne (np. na Florydzie czy Hawajach), wiatr (Szkocja,
Szwecja, Norwegia), hydroenergię (Norwegia, Szwajcaria, Rumunia)
czy wspomniane źródła geotermalne (Islandia). Są miejsca
na Ziemi, gdzie wodór już dziś powstaje w sposób całkowicie
ekologiczny z rozkładu wody. Choć w ten sposób wytwarza się
co najwyżej jeden procent światowej produkcji wodoru, wielu
marzy, że ta metoda dostarczy całkowicie czystego paliwa
przyszłym pokoleniom. Problem w tym, że proces hydrolizy,
czyli zamiany wody w wodór i tlen, ma na razie niewielką
wydajność.
Po co zamieniać energię odnawialną w wodór zamiast od razu
w prąd elektryczny?
Przecież nie możemy postawić sobie wiatraka na dachu samochodu!
Dla potrzeb transportu najpierw trzeba energię gdzieś wytworzyć,
potem ją zmagazynować, a na końcu wykorzystać. Jeżeli ma
się fabrykę koło wiatraków, to oczywiście można się obejść
bez wytwarzania i magazynowania wodoru. Ale - jak wspomniałem
na przykładzie Islandii - do samochodowego baku prądu nie
nalejecie.
Jak wycisnąć z węgla ropę?
Nie za wcześnie na przewidywanie nadejścia ery wodoru? Przecież
zasoby paliw naturalnych wystarczą nam jeszcze na dziesięciolecia.
Niektóre prognozy zakładają, że pierwsze kłopoty z ropą
pojawią się już za ok. 15 lat. Choć zapasy wystarczą co najmniej
do roku 2050, to wcześniejsze problemy mogą wynikać z zachwiania
relacji popyt-podaż. Za 20 lat Stany będą zużywać o 80 proc.
więcej energii niż dziś. Co prawda jest jeszcze gaz, ale
on skończy się wkrótce po ropie.
A węgiel?
Od węgla odchodzi się, choć będzie go pod dostatkiem jeszcze
przez kilkaset lat. Podczas spalania węgla wydziela się znacznie
więcej CO2 na jednostkę energii, a do tego dochodzą jeszcze
zanieczyszczenia atmosfery związkami siarki i azotu. Ale
to wcale nie znaczy, że następcą ropy nie zostanie właśnie
węgiel. Możemy iść śladem RPA z czasów wojny, czyli wytwarzać
paliwa ciekłe z węgla i wody. Jest to co prawda droższe,
ale możemy nie mieć wyjścia. Ekolodzy szybko podniosą alarm,
ale pewnie przestaną go podnosić, gdy nie będą mieli czym
dojechać do pracy. Takie paliwa byłyby zbliżone właściwościami
do ropy. Moglibyśmy je tankować na zwykłej stacji benzynowej
do zwykłego samochodu i przesyłać zwykłym rurociągiem.
Czy potężne firmy paliwowe nie będą zatem tłumić rozwoju
aut na wodór - przynajmniej do czasu wyczerpania zapasów
paliw kopalnych?
Nie sądzę. To dla nich najlepszy moment, by wykupić ten
biznes, zanim zacznie im zagrażać. Tylko muszą mieć co wykupić.
Wyobraźcie sobie, że teraz jestem najbogatszym facetem,
ale za 50 lat moje zapasy się skończą. Co dziś robić z nadwyżką
gotówki? Najlepiej zainwestować w dziedzinę, która zastąpi
wydobycie ropy. Zarówno Arabowie, jak i Norwegowie odkładają
znaczną część dochodów z ropy na fundusz dla przyszłych pokoleń.
Mogą go teraz wykorzystać.
Gdy BMW wyprodukowało pierwsze pokazowe auta na wodór, to
wyruszyły one w podróż dookoła świata właśnie z Dubaju, stolicy
Zjednoczonych Emiratów Arabskich, jednego z głównych producentów
ropy. Dlaczego? By pokazać, że są alternatywne rozwiązania
wobec ropy, a szejkowie powinni się tej technologii bacznie
przyglądać i współfinansować jej rozwój.
Paliwo ulotne niesłychanie
Załóżmy, że mamy już tani, ekologicznie wytwarzany wodór.
Co dalej?
Trzeba go zmagazynować, czyli zrobić bak. Można postępować
na trzy sposoby. Pierwszy, najbardziej popularny, to sprężanie
gazu pod wysokim ciśnieniem. Niemcy już zatwierdzili do użytku
samochodowe baki, do których wodór wtłacza się za pomocą
550 atmosfer. To straszne ciśnienie - butle muszą mieć bardzo
grube ścianki, specjalne zawory. A w laboratoriach testuje
się baki wytrzymujące nawet 800-1000 atmosfer.
Tyle że pojawia się tu problem: wodór ucieka. Nawet z najlepszych
baków wylatuje dziennie ok. 1,5 proc. gazu. Po miesiącu jest
więc go aż o 30 proc. mniej. Wodór ucieka, bo jest najmniejszą
cząsteczką, która z ogromną łatwością przenika przez ciała
stałe. To bardzo nieprzyjemne uczucie, jak człowiek płaci
za coś, co mu potem znika.
Na dodatek bak, który wytrzymuje 800 atmosfer, musi być
strasznie ciężki.
To kolejny problem. Żeby opłacało się taki bak wozić, to
przy obecnych cenach paliwo - a więc czysty wodór - musi
stanowić minimum 7 proc. jego wagi. Reszta to byłby złom
utrzymujący w zamknięciu te kilkaset atmosfer. Gdyby gazu
było mniej, energia wodoru z trudem wystarczałaby na wożenie
baku. Dziś najlepsze baki są rzeczywiście potwornie ciężkie
- po napełnieniu paliwo nie przekracza 13 proc. ich masy.
Ile takie auto będzie paliło na setkę?
Okazuje się, że te 13 proc. to wcale nie tak mało, bo wodór
jest ponad 2,5-krotnie bardziej wydajny od benzyny. Takie
auto zużywa ok. 1,6 kg wodoru na setkę. Do przejechania 600
km małym samochodem potrzeba więc 9,4 kg wodoru (to tyle
co 35 litrów benzyny, czyli 25 kg). Wychodzi więc na to,
że dla utrzymania tych niespełna 10 kg bak sam musi ważyć
ponad 60 kg (dla porównania - waga zwykłego plastikowego
baku na 50 l benzyny to ok. 5-7 kg).
A nie da się wodoru skroplić?
Do tego potrzeba nie tylko wysokiego ciśnienia, ale i ekstremalnie
niskiej temperatury, rzędu minus 250° C, i skroplenie wodoru
w rezultacie kosztuje bardzo drogo. Na dodatek bak musiałby
być chłodzony przez cały czas, bo nie wystarczy tylko początkowe
schłodzenie wodoru i zamknięcie go w szczelnej butli. Rezultat?
Wozimy jeszcze cięższy bak niż w przypadku gazowego wodoru,
który na dodatek jest lodówką pożerającą ogromne ilości energii.
Jedyną zaletą jest to, że można w nim upchać trochę więcej
wodoru niż tego sprężonego w postaci gazu.
Do tego wszystkiego czysty wodór nie jest chyba zbyt bezpiecznym
paliwem?
Gdy złamie się zawór lub pęknie butla, to wodorowy bak staje
się małą torpedą. A jeśli, nie daj Boże, powstanie w wyniku
tarcia jakaś iskra, może nastąpić samozapłon lub wręcz wybuch
wodoru wymieszanego z powietrzem. Ale i tak ryzyko jest mniejsze
niż w wypadku benzyny, bo wodór jako lżejszy od powietrza
dość szybko ucieka do góry. Po 11 września lęk przed paliwami
wybuchowymi jest jednak irracjonalnie duży. Dlatego najlepiej,
by paliwo przyszłości w ogóle nie wybuchało.
Wodór w proszku
Może więc paliwo wodorowe sproszkować?
No właśnie. Można to zrobić na dwa sposoby: fizyczny i chemiczny.
Metody fizyczne wykorzystują np. takie małe rureczki szklane
- można nimi łatwo wyładować bak, a potem pod niewielkim
ciśnieniem załadować wodór, który się do nich poprzykleja.
Nie zachodzi tam żadna reakcja chemiczna. Taki sposób przechowywania
jest jednak mało wydajny - wodór stanowi góra 1 proc. ciężaru
baku. Choć wielu ludzi próbuje dziś tę technikę ulepszać,
ja w nią nie wierzę.
A w co wierzysz?
W chemię. Z tym że to też wymaga pracy. Najbardziej efektywne
materiały, te zawierające od 5 do 20 proc. wodoru, to substancje,
które uwalniają go w strasznie wysokich temperaturach. W
zależności od proszku trzeba taki bak podgrzać od 250 do
800° C. Są też naturalnie materiały, które oddają wodór w
temperaturze pokojowej, tyle że zawierają go co najwyżej
3,6 proc. W 1997 roku ukazała się przełomowa praca opisująca
materiał, w którym wodór stanowi 5,5 proc. wagi i uwalnia
się w temperaturze już 180° C. Ale nadal trzeba zbyt dużych
ciśnień (rzędu kilkudziesięciu atmosfer), by załadować na
nowo taki chemiczny zbiornik.
Jak wyglądałby więc idealny bak?
Byłby to taki cartridge z proszkiem w środku, który można
by naładować na stacji "wodorowej" albo oddawać
do wymiany. Wodór powinien uwalniać się z niego w temperaturze
od 60 do 120° C. Ani mniej, ani więcej: nie może nam bowiem
rozsadzać baku, jak słońce przygrzeje, ani też wymagać 200°
C, czyli zużywać zbyt wiele energii. Po drugie, jak już się
wodór uwolni, musi mieć ochotę załadować się z powrotem przy
stosunkowo niskim ciśnieniu (kilku atmosfer). No i wreszcie
bak powinien być tani, nietoksyczny i bezpieczny (np. nie
może płonąć po rozsypaniu się proszku). Na razie prowadzę
badania eksperymentalne nad pierwszym czynnikiem i teoretyczne
nad drugim.
Są wyniki?
Odkryłem, że dobierając odpowiednio pierwiastki wchodzące
w skład baku, można w zadziwiająco prosty sposób sterować
temperaturą wydzielania wodoru. Dodaję różne substancje do
znanych magazynów tego paliwa i staram się w ten sposób obniżyć
temperaturę uwalniania gazu. Mówiąc po ludzku: dotąd wodór
wylatywał przy temperaturze 400° C, u mnie dzieje się to
już przy 200° C. To gigantyczna różnica, a jeszcze liczę
na poprawę, finalnie na jakieś 80-100° C. Po dwóch latach
badań niemal połowa moich eksperymentów jest ukończona. Wyniki
teoretyczne ukazały się w tych dniach w marcowym numerze "Chemical
Reviews". Jedynym problemem jest teraz poprawienie efektywności "przerobu" magazynów
paliwa przez odpowiednie dodatki, czyli - mówiąc naukowo
- kataliza.
Chemiczne łapska
Załóżmy, że mamy już taki idealny bak. Co dalej?
Wodoru możemy używać na co najmniej dwa sposoby: spalać
jak zwykłą benzynę albo wykorzystywać w ogniwach paliwowych.
Już od dawna znane są silniki hybrydowe pracujące na wodór
albo na benzynę. To rozwiązanie ma jednak podobne wady jak
wszystkie silniki spalinowe - wytwarza się dużo ciepła i
traci energię, niepotrzebnie podgrzewając atmosferę.
Dlatego kiedy będziemy już mieli wodoru pod dostatkiem,
dominować będą ogniwa wodorowe. To taki "cichy chemiczny
silnik", który spala wodór w tlenie lub powietrzu na
zimno, bez płomienia, bez hałasu, niczym klasyczne ogniwo
(bateryjka). Dzięki tej technologii można uzyskać bardzo
wysoką wydajność wytwarzania energii. Energia chemiczna paliwa
zamieniana jest bezpośrednio w prąd, który napędza silnik
elektryczny; straty cieplne są małe. Samo ogniwo paliwowe
to bardzo sprytny wynalazek pewnego angielskiego lorda jeszcze
z XIX wieku.
Na jakiej zasadzie działa ogniwo?
Składa się ono z dwóch komór (do jednej doprowadzany jest
wodór, do drugiej tlen lub powietrze) przegrodzonych membraną.
Membrana to taka chemiczna ośmiornica: ma łapy (oczywiście
chemiczne), które przesuwają w jednym kierunku protony (kationy
wodoru). Ważnym elementem ogniwa są również elektrody, zresztą
bardzo drogie, bo platynowe. Ale to nie tylko ceny elektrod
czy membrany powodują, że ogniwa wciąż nie mogą wejść do
masowej produkcji. Światowe zasoby platyny po prostu nie
wystarczyłyby do wytworzenia setek milionów ogniw koniecznych
do powstania odpowiedniej liczby aut.
Dlaczego w ogniwach używa się akurat platyny?
Bo to niezwykły metal. Wyobraźmy sobie, że przylatuje na
jej powierzchnię wodór składający się z supertrwałych cząsteczek
H2, które trzeba by podgrzewać do gigantycznych temperatur,
by zechciały się rozpaść na atomy. Platyna to magiczny materiał,
który robi to samo w temperaturze pokojowej i dodatkowo odbiera
od atomów wodoru elektrony.
Czy ogniwa mają inne zastosowanie prócz samochodów?
Jak najbardziej - mogą mieć wielkość od baterii w komórce
aż do rozmiarów małego domku. Takie gigantyczne ogniwa stoją
sobie np. w Anchorage na Alasce i produkują energię elektryczną
dla małej wioski. Te samochodowe mają wielkość porównywalną
z rozmiarami tradycyjnego silnika spalinowego. Podejrzewam,
że już za dziesięć lat nawet telefony komórkowe będą zasilane
nie bateriami litowymi, ale właśnie malutkimi ogniwami. To
się wydaje niesamowite, ale pomyślmy - jeszcze 15 lat temu
nikt nie marzył o miniaturowych bateriach litowych, które
działają przez tydzień. Dziś to norma, co sprawia, że telefon,
podobnie jak komputer sprzed kilku lat, jest najzwyklejszym
technologicznym śmieciem.
Sławomir Zagórski, Tomasz Żuradzki
Źródło:
|