| |
|
23.06.2002
Państwo daje i zabiera
Ewa Siedlecka (23-06-02 18:02)
Projekt ustawy, która powinna wzmocnić organizacje pozarządowe,
zawiera też rozwiązania mogące doprowadzić do upadku wiele
z nich - pisze Ewa Siedlecka
Przez cały okres PRL państwo organizowało i nadzorowało
działalność społeczną obywateli. Oprócz osławionych czynów
społecznych organizowanych przez zakłady pracy i szkoły państwo
kierowało ogólnopolskimi organizacjami typu PCK, TPD, harcerstwo
czy Związek Studentów Polskich (później SZSP), dając im pieniądze,
kontrolując cele i działalność i pilnując polityki kadrowej.
Mimo to działalność społeczna nie dała się w całości zorganizować
odgórnie i powstawały spontanicznie rozmaite grupy hobbystyczne
typu "koła miłośników" czy kluby dyskusyjne (choćby
Klub Inteligencji Katolickiej, Klub Krzywego Koła czy ruch
Dyskusyjnych Klubów Filmowych). Często były oazami prawdziwej
wolności myśli, a władze przyglądały im się uważnie i niekoniecznie
życzliwie.
Kiedy po 1989 r. państwo wycofało się z organizowania i
nadzorowania działalności społecznej, okazało się, że PRL
nie zdołał zabić w ludziach potrzeby działania. Zaczęli korzystać
z - do tej pory iluzorycznej, choć gwarantowanej socjalistyczną
konstytucją - wolności zrzeszania się. Powstawały fundacje
(podstawa prawna jeszcze z 1984 r.), stowarzyszenia (ustawa
z 1989 r.), partie polityczne (ustawa z 1990 r.). Powstawały
przede wszystkim organizacje pomocowe i samopomocowe, np.
towarzystwa chorych na jakąś chorobę, a więc zajmujące się
sprawami, z którymi nie dawało sobie rady państwo, a także
takie, które wkraczały w dziedziny do tej pory dla państwa
zarezerwowane, jak np. oświata (tysiące szkół niepublicznych).
Poza "socjalnymi" pojawiły się organizacje, których
zadaniem jest patrzenie władzy na ręce: monitorujące przestrzeganie
praw człowieka, opracowujące niezależne ekspertyzy, np. ekonomiczne
(jak Centrum im. Adama Smitha) czy ekologiczne.
- Państwo demokratyczne to państwo, w którym rozwija się
społeczeństwo obywatelskie. A miarą społeczeństwa obywatelskiego
jest ilość i kondycja organizacji pozarządowych - mówi Marek
Nowicki, prezes Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, największej
i najstarszej z działających w Polsce organizacji obrony
praw człowieka.
Tak więc okazało się, że w Polsce obok wychowanego na komunizmie "społeczeństwa
roszczeniowego" jest też "społeczeństwo obywatelskie".
A przynajmniej jest potencjał do jego rozwoju. Po stronie
ludzi, bo ze strony władzy było nieco gorzej: chętnie dawała
się wyręczać, ale nie śpieszyła się ze wspieraniem. Nie tylko
pieniędzmi, ale - przede wszystkim - dobrym prawem i otwartością
na współpracę.
Falowanie i spadanie
W III RP klimat dla organizacji pozarządowych był zmienny.
Po początkowej euforii zaczęły się afery - prawdziwe, ale
też sztucznie rozdmuchiwane - na temat nadużyć finansowych.
Najczęściej padały oskarżenia o "przejadanie" przez
etatowych pracowników fundacji dotacji publicznych, a także
o nadużycia finansowe, np. tworzenie fundacji zamiast normalnej
firmy, żeby móc korzystać ze zwolnień oraz ulg podatkowych
i celnych. Mimo że wiele z działających w Polsce organizacji
(przede wszystkim typu watch-dog - a więc tych patrzących
władzy na ręce) nie bierze z publicznej kasy ani złotówki
- na nie także spadło to odium.
W ramach przeciwdziałania patologiom zaczęto utrudniać organizacjom
pozarządowym życie. Np. na początku 1999 r. okazało się,
że samorządy lokalne nie chcą przyznawać dotacji organizacjom,
które dotąd za te pieniądze np. opiekowały się tzw. dziećmi
ulicy czy bezdomnymi. Zaczęto wymagać, żeby starały się o
dofinansowanie swoich programów, startując w konkursie ofert.
Taka procedura była długa, więc organizacjom w międzyczasie
zabrakło pieniędzy na działalność. Tryb przetargu był zresztą
bez sensu w przypadku, gdy startowała w nim tylko jedna organizacja.
Poza tym nie bardzo pasowało do niego normalne kryterium
stosowane w przetargach, czyli taniość oferty. - Jaki to
ma sens np. w przypadku dożywiania biednych? - pytały organizacje
pomocowe.
- Jeśli ktoś chce pomagać - proszę bardzo, ale niech to
robi za swoje pieniądze - podkreślał ówczesny szef sejmowej
komisji finansów publicznych Henryk Goryszewski, który forsował
taką interpretację ustawy o finansach publicznych, która
odcinała organizacje pozarządowe od dotacji.
W ramach walki z nadużyciami uniemożliwiano też organizacjom
lokowanie pieniędzy w papierach wartościowych: urzędy skarbowe
uznały, że nie mieści się to w ramach działań statutowych,
nawet jeśli osiągnięty w ten sposób dochód w całości zostanie
na te cele przeznaczony. Ofiarą takiej interpretacji przepisów
padła w 1998 r. Fundacja Batorego, od której fiskus zażądał
80 mln zł podatku. Następna była Fundacja Rozwoju Nauki Polskiej.
Dopiero w połowie marca tego roku Naczelny Sąd Administracyjny
uznał, że taka interpretacja przepisów skarbowych nie ma
uzasadnienia. Jednak organizacje przez lata stosowania złej
interpretacji straciły sporo pieniędzy.
Jak zdobyć pieniądze
Powstała sytuacja paradoksalna: z jednej strony - władza
publiczna coraz bardziej wycofywała się z realizowania swoich
zadań w takich dziedzinach jak oświata, nauka, kultura, ochrona
zdrowia czy pomoc społeczna, wymuszając tym samym wypełnienie
powstałej pustki przez organizacje pozarządowe, a z drugiej
- nakładała na te organizacje coraz więcej ograniczeń biurokratycznych
i finansowych, nie stwarzając im możliwości osiągnięcia finansowej
stabilizacji. Taką stabilizację ma dziś tylko kilka organizacji
- te, które mają tzw. endowment, czyli kapitał, z odsetek
od którego działają, jak Fundacja Wspomagania Wsi czy Polsko-Amerykańska
Fundacja Wolności. W miarę ustabilizowaną sytuację miały,
do tego roku, również fundacje mające stałych, bogatych sponsorów
- jak George Soros czy amerykańska Fundacja Forda. Niestety,
od 2003 r. ci wielcy sponsorzy wycofają się z Polski i pozostałych
krajów Europy Środkowo-Wschodniej, które czekają na wejście
do UE. Jeśli powstaną przyjazne przepisy, te wielkie fundacje
staną się, jak znakomita większość organizacji pozarządowych
w Polsce, tzw. organizacjami żebraczymi. Takie organizacje
ciułają pieniądze od drobnych sponsorów, zabiegają o skromne
dotacje publiczne i tzw. granty, czyli pieniądze na konkretne
programy, które przyznawane są w drodze konkursu przez duże
fundacje zajmujące się wspieraniem organizacji pozarządowych
(jak Fundacja im. Stefana Batorego) czy np. programy pomocowe
Unii Europejskiej. Jeśli nie dostaną grantu, muszą liczyć
na dobrowolne datki. Ale w Polsce nie przyjął się zwyczaj
dobrowolnego wpłacania na organizacje pozarządowe. Na Zachodzie
- np. w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii - organizacje "żyją" ze
składek członkowskich, co jest możliwe, dlatego że takie
członkostwo jest popularną formą uczestnictwa w życiu społecznym.
U nas to jakoś nie działa. Przyczyn jest zapewne kilka:
atmosfera nieufności powstała w wyniku nagłaśniania prawdziwych
czy rzekomych nadużyć, postawy roszczeniowe, które z państwa
przeniosły się też na organizacje pozarządowe, ale także
brak ustawy, która dawałaby rodzaj stempla wiarygodności
organizacjom działającym dla dobra ogółu.
Teoretycznie podstawy prawne dla zdobywania pieniędzy są,
tyle że niekoniecznie ułatwiające organizacjom pozarządowym
życie. Np. mogą one prowadzić zwolnioną z podatku działalność
gospodarczą, ale pod warunkiem że zarejestrują się jako podmiot
gospodarczy i cały dochód przeznaczą na cele statutowe. A
to wiąże się z koniecznością spełnienia szeregu warunków
i formalności i wymaga pieniędzy - choćby na inwestycje i
koszty biurowe.
- Jeśli nie zostaną stworzone warunki do tego, żeby organizacje
pozarządowe mogły osiągnąć jakąś stabilność finansową, to
Polska nie będzie mogła wykorzystać tzw. funduszy dostosowawczych
oferowanych przez UE - podkreśla Maria Holzer, Prezes Polskiej
Fundacji Dzieci i Młodzieży. Warunkiem stawianym przez UE
organizacjom pozarządowym jest bowiem finansowanie projektów
po połowie.
O podstawowe bezpieczeństwo finansowe organizacji pozarządowych
zadbano np. w Czechach: 1 proc. pieniędzy uzyskanych w drodze
powszechnej prywatyzacji przeznaczono na endowment dla organizacji
pozarządowych nienastawionych na zysk. O ich dotowaniu z
tego funduszu decyduje - w drodze ogłaszanych konkursów -
Rada Donatorów.
Zbawienny 1 procent?
W tej sytuacji pojawił się projekt ustawy o organizacjach
pożytku publicznego i wolontariacie przygotowany przez Ministerstwo
Pracy. Ma on być rodzajem konstytucji regulującej stosunki
między władzą publiczną a organizacjami pozarządowymi. Zarówno
tymi, które wspomagają ją, lub wręcz wyręczają w zobowiązaniach
socjalnych wobec społeczeństwa, jak i tymi, które władzę
kontrolują. Ta "konstytucja" powinna więc dawać
im przede wszystkim finansowe podstawy do działania.
Pierwszym zmierzającym do tego pomysłem projektu jest możliwość,
aby każdy z nas mógł dać 1 proc. ze swojego podatku zamiast
państwu - wybranej przez siebie organizacji. Dziś wprawdzie
jest tzw. odpis podatkowy od darowizn na cele społeczne,
ale proponowany 1 proc. dawałby organizacjom szanse na więcej
i pewniejszych pieniędzy. Ze strony państwa jest to gest:
rezygnuje z części pieniędzy, które mogłoby otrzymać w formie
podatku. Jednak - według projektu - gest ten nie będzie szeroki:
ów 1 proc. odliczony byłby od należnego państwu podatku po
odjęciu wszelkich przysługujących podatnikowi ulg. A więc
będą to po prostu mniejsze sumy. W dodatku nie zdecydowano
się dać prawa do przeznaczania tego 1 proc. osobom prawnym,
czyli firmom, a one mogłyby dać więcej niż pojedyncze osoby.
Takie rozwiązanie dopuszczono na Słowacji.
Innym przewidzianym w projekcie ustawy rozwiązaniem mającym
poprawić sytuację finansową organizacji jest przepis, który
daje im możliwość prowadzenia odpłatnej działalności bez
konieczności rejestrowania jej jako "gospodarczej".
Oczywiście pod warunkiem, że cały zysk przeznaczą na cele
statutowe. - Teraz np. organizacja zajmująca się chorymi
psychicznie będzie mogła sprzedawać wyroby, które powstaną
w ramach terapii zajęciowej - mówi Ewa Szymczak, prezes Stowarzyszenia
na rzecz Forum Inicjatyw Pozarządowych. - Można też będzie
pobierać opłaty za kursy organizowane np. przez organizację
zajmującą się edukacją w dziedzinie praw człowieka, traktując
je jako nieopodatkowanany dochód z działalności statutowej.
Jednak nie wszystkie pomysły projektu ustawy zmierzają do
ułatwienia organizacjom zdobywania pieniędzy. Ustawa "wprowadzająca",
która uzupełnia ustawę o organizacjach pożytku publicznego,
przewiduje, że mają one prawo inwestować bez konieczności
płacenia podatku od zysku - co już, pośrednio, obowiązuje
po wyroku Sądu Najwyższego w sprawie Fundacji Nauki Polskiej
- ale tylko w obligacje i bony państwowe oraz emitowane przez
organizacje samorządu terytorialnego. To oznacza, że nie
mogą np. inwestować za granicą, a także w akcje czy obligacje
emitowane przez duże korporacje - np. banki. Chociaż na takich
inwestycjach można sporo więcej zarobić. To ograniczenie
w sytuacji, gdy z Polski wycofują się wielcy sponsorzy, może
być dla wielu dużych fundacji zabójcze: - Sponsorzy byli
gotowi zostawić nam pieniądze na endowment - nienaruszalny
kapitał, który przynosi zysk wykorzystywany na działalność
fundacji - ale w tej sytuacji zapewne tego nie zrobią - mówi
Anna Rozicka, dyrektor Fundacji im. Stefana Batorego. - Inwestując
w państwowe papiery, można uciec przed inflacją, ale nie
pomnoży się kapitału. A więc idea endowmentu upada. A z nią
wszystkie fundacje - jak nasza - których działalność polega
na rozdawaniu pieniędzy innym, małym organizacjom: nie będzie
czego rozdawać.
Gdyby tak się stało, jest spora szansa, że jak kostki domina
padną również rozmaite organizacje lokalne, które dziś żyją
z grantów przyznawanych przez wielkie fundacje. - Do tej
pory wydaliśmy na nie ponad 80 mln zł, wszystko z pieniędzy
zagranicznych sponsorów. Nie wzięliśmy od państwa ani złotówki
- podkreśla Anna Rogozicka.
Przykładem na to, jak pożyteczne może być korzystne lokowanie
kapitału, jest Fundacja na rzecz Nauki Polskiej. W 1990 roku
dostała ze skarbu państwa 95 mln zł. W tej chwili dzięki
dobrym inwestycjom przynoszą one rocznie 30 mln zł zysku,
przeznaczanego na wsparcie polskiej nauki.
Wymuszanie na organizacjach pozarządowych lokowania w państwowe
bony i obligacje to zapewne - w zamyśle autorów takiego zapisu
- sposób na zasilenie państwowej kasy (do czasu wykupienia
papierów państwo może tymi pieniędzmi obracać). Tyle że nie
uwzględnia on kosztów, jakie spowoduje upadek wielu organizacji.
I to tych "pożytku publicznego", a więc takich,
które - teoretycznie - mają być dzięki ustawie chronione.
Żeby je podtrzymać, należałoby znaleźć pieniądze na dotacje.
Czy państwo, ewentualnie samorządy lokalne, rzeczywiście
na to stać?
Wolontariusz pracownikiem
Absolutnie nowym rozwiązaniem w polskim prawie jest uregulowanie
sprawy wolontariatu, czyli osób społecznie pracujących dla
organizacji pozarządowych. Autorzy projektu chcą, żeby wolontariusze
byli ubezpieczeni od następstw nieszczęśliwych wypadków,
żeby organizacje musiały im zwracać poniesione koszty (np.
na dojazdy czy telefony), a także, żeby organizacje mogły
opłacać za wolontariusza składkę na opiekę zdrowotną obliczaną
od wysokości najniższego wynagrodzenia. Jednak za te wszystkie
świadczenia musiałyby zapłacić organizacje pozarządowe. -
Może się okazać, że koszty wolontariatu będą tak wysokie,
że małych organizacji nie będzie stać na wolontariuszy -
obawia się Maria Holzer z Fundacji Dzieci i Młodzieży. -
One przecież mogą działać właśnie dzięki temu, że wolontariusze
sami finansują swoją działalność.
Przepisy o wolontariacie opisują działalność wolontariuszy
jako świadczenie pracy, tyle że nieodpłatnej, chociaż z prawem
do ubezpieczenia w ZUS-ie. Teoretycznie ma to poprawić sytuację
bezrobotnych, którym da prawo do opieki zdrowotnej, ale umożliwi
też "pracodawcom" nadużycia, które przyczynią się
do wzrostu bezrobocia. Chodzi o to, że z pracy wolontariuszy
będą też mogły korzystać organy publiczne, jak szkoły czy
administracja lokalna. Kto zagwarantuje, że szukając oszczędności,
nie będą zwalniać pracowników, zatrudniając ich następnie
- dużo mniejszym kosztem, bo jedynie za ubezpieczenie - jako
wolontariuszy? W ten sposób jako wolontariuszka może skończyć
pani sprzątająca i kierowca w urzędzie, osoba opiekująca
się dziećmi w szkolnej świetlicy czy szkolna pielęgniarka.
Komu korzyści
Pomysł, żeby wśród rozmaitych organizacji pozarządowych
uprzywilejować te, które są nastawione na działanie w interesie
publicznym, a nie na zysk, jest dobry i sprawdzony: takie
przepisy obowiązują w wielu krajach, m.in. w Wielkiej Brytanii,
gdzie raz na kilka lat państwo ustala, które organizacje
można wspierać, korzystając z ulgi podatkowej.
Jednak w zaproponowanym przez Ministerstwo Pracy projekcie
wątpliwości budzi dość wąska definicja "organizacji
pożytku publicznego": status takiej organizacji można
będzie dostać tylko wtedy, kiedy działa się na rzecz "ogółu
społeczności" albo na rzecz jakiejś grupy "wyodrębnionej
ze względu na szczególnie trudną sytuację życiową lub materialną".
- W ten sposób z przywilejów będzie mogła korzystać organizacja
wspierająca dzieci upośledzone, ale już nie szczególnie zdolne
- zauważa Marek Nowicki z Fundacji Helsińskiej. - Ustawodawca
ma prawo decydować, komu dać przywileje - odpowiada Dagmir
Długosz, szef gabinetu politycznego ministra pracy.
Jednak takie rozwiązanie może prowadzić do sytuacji, w której
jedne organizacje mniejszości narodowych - np. Romów - będą
mogły korzystać z przywilejów, a inne - np. Niemców - nie.
Pojawią się też sytuacje sporne, np. z polskimi Litwinami
czy Ukraińcami: czy rzeczywiście członkowie tych mniejszości
wyróżniają się "trudną sytuacją życiową"? I w sądzie
rejestrowym (który ma decydować o przyznaniu statusu organizacji
pożytku publicznego) toczyć się będą spory organizacja mniejszości
kontra MSWiA dowodzące, że w Polsce nie ma dyskryminacji
mniejszości, więc nie można mówić o żadnej szczególnie trudnej
sytuacji.
Minister samowładny
W trakcie prac nad projektem ustawy burzliwą dyskusję wywoływała
kwestia, kto ma decydować o przyznaniu statusu "organizacji
pożytku publicznego". Był pomysł, żeby robiła to powoływana
przez ministra pracy Rada Działalności Pożytku Publicznego.
Ostatecznie upadł, bo w ten sposób urzędnik-polityk miałby
za duży wpływ na rozdzielanie przywileju, jakim jest taki
status. W projekcie ustawy zapisano więc w końcu, że decydować
będzie sąd rejestrowy. Sprawa wydawała się rozstrzygnięta,
gdy tymczasem w projekcie ustawy "wprowadzającej" znalazł
się przepis, który mówi, że przez pierwszy rok działania
ustawy jedynym decydentem będzie... minister pracy. Będzie
nie tylko rejestrował, ale też ustalał zasady i sposób rejestracji.
A więc przez rok będzie mógł zarejestrować wszystkie organizacje,
które uzna za "pożyteczne", a potem, kiedy rejestr
przejmą sądy, i tak nikt ich nie wyrejestruje, bo - wedle
ustawy - jedynym uprawnionym do odebrania organizacji statusu
organizacji pożytku publicznego jest minister pracy. Groźba
odebrania statusu może się więc pojawić dopiero za kadencji
następnego ministra.
Projekt "konstytucji" dla organizacji pozarządowych
pojawia się w momencie, gdy - z powodu wycofywania się z
Polski wielkich zagranicznych sponsorów - wiele organizacji
traci dotychczasowe źródło utrzymania. W tej sytuacji nowe
przepisy mogą być dla nich ratunkiem. Oczywiście pod warunkiem,
że będą uchwalone z myślą o realnym wsparciu tych organizacji.
Ze świadomością, że bez nich państwo nie jest dziś w stanie
poradzić sobie z bezrobociem, nauką i oświatą, ochroną zdrowia
czy bezdomnością i że - co już może mniej zachęci władze
- bez nich ludzie stracą ważnego sojusznika w patrzeniu władzy
na ręce i obronie ich interesów.
Co to jest organizacja pożytu społecznego?
Status organizacji "pożytku społecznego" nadaje
Sąd Rejestrowy. Natomiast minister pracy może organizację
pozbawić takiego statusu, jeśli będzie miał zastrzeżenia
do jej działalności.
O status organizacji pożytku społecznego może się ubiegać
organizacja prowadząca działalność: charytatywną, ochrony
zdrowia, profilaktyki lub rehabilitacji niepełnosprawnych,
przeciwdziałająca bezrobociu, wspomagająca rozwój gospodarczy,
w dziedzinie nauki, oświaty i wychowania, wspomagająca rozwój "zaniedbanych
wspólnot lokalnych", na rzecz krajoznawstwa i wypoczynku
dzieci i młodzieży, kultury fizycznej i sportu, ekologii
i ochrony przyrody, porządku i bezpieczeństwa publicznego,
demokracji, praw człowieka i obywatela, praw konsumentów,
integracji europejskiej, promocji i organizacji wolontariatu,
wspomagania organizacji pożytku społecznego.
Ograniczenia:
Statut musi obejmować wyłącznie działalność "pożytku
społecznego"
Działalność gospodarcza jest dopuszczalna tylko wtedy, gdy
jest w całości przeznaczona na cele statutowe
Ewentualne opłaty za świadczenia udzielane przez organizację
(np. kursy) mogą jedynie pokrywać koszty (nie można mieć
z nich dochodu)
Organizacja ma wyodrębniony, niezależny od zarządu organ
kontrolny
Nie wolno jej udzielać pożyczek, zabezpieczeń lub innych
korzyści z majątku fundacji w stosunku do członków fundacji
i ich bliskich oraz organów fundacji ani kupować niczego
od członków i ich bliskich
Bez konieczności płacenia podatku wolno lokować pieniądze
tylko w państwowe i samorządowe bony i obligacje.
Przywileje organizacji pożytku społecznego:
prawo do otrzymywania 1 proc. podatku dochodowego, który
zadeklarują płatnicy
zwolnienie od: podatku dochodowego od osób prawnych (pod
warunkiem, że cały dochód przeznaczony jest na działalność
pożytku społecznego), podatku od nieruchomości, opłat od
czynności cywilnoprawnych (np. umów), opłat skarbowych i
celnych
nabywanie i dzierżawa na preferencyjnych warunkach nieruchomości
Dla Gazety
Maria Holzer, dyrektor Polskiej Fundacji Dzieci i Młodzieży:
Najważniejszą sprawą w projekcie jest ten 1 proc. podatku
na organizacje pozarządowe. Jednak sposób jego przekazywania
- podatnik ma sam ten 1 proc. obliczyć, wpłacić, a potem
uwzględnić w zeznaniu podatkowym - raczej ludzi do płacenia
nie zachęci. Jeśli się chce ich do tego skłonić, to nie należy
im rzucać kłód pod nogi. Nie do przyjęcia jest dla mnie ograniczenie
możliwości inwestowania pieniędzy przez organizacje do bonów
i obligacji. To nieuzasadnione powiązanie kondycji organizacji
ze stanem finansów państwa, w dodatku sprzeczne z uchwałą
Sądu Najwyższego, który - interpretując przepisy przy okazji
sprawy Fundacji Kultury Polskiej - nie nałożył takich ograniczeń.
Nie przekonuje mnie argument o bezpieczeństwie lokat, bo
np. fundusze emerytalne mają prawo lokować do 40 proc. pieniędzy
w akcje.
Nie podoba mi się centralistyczny duch projektu. Działalność
społeczna to ruch spontaniczny, a tu minister ma kontrolować
wszystko, łącznie ze współpracą organizacji pozarządowych
z samorządami, chociaż to samorządy lepiej wiedzą, jakich
form współpracy, w jakich dziedzinach i z jakimi organizacjami
potrzebują. W dodatku zwiększy się biurokracja: do licznych
instytucji, gdzie już się musimy rozliczać, dojdzie jeszcze
minister pracy.
Nie widzę potrzeby tworzenia Rady Działalności Pożytku Społecznego.
Nie ma żadnej władzy, za to jej działalność będzie kosztować.
To kolejny pomysł centralnego sterowania ruchem społecznym.
Szkoda, że nie pomyślano o rzeczywistym zwolnieniu organizacji
pożytku publicznego z płacenia VAT-u, skoro nie płacą go
przecież przedsiębiorcy. Zwolnienie, które przewidziano,
dotyczy tylko zakupów z pieniędzy pochodzących ze zbiórek
publicznych i tylko do wysokości 2 tys. zł. Pieniądze oszczędzone
na takim zwolnieniu nie wystarczą nawet na honorarium dla
prawnika, który musiałby pomóc organizacji przegryźć się
przez przepisy dotyczące zwolnienia.
Joanna Stręga-Piasek, b. wiceminister pracy:
To niezwykle ważna ustawa: daje organizacjom pozarządowym
solidne prawne podstawy działania, dzięki którym może ich
los przestanie tak bardzo zależeć od polityki aktualnej władzy
- zarówno centralnej, jak i samorządowej. Bardzo cenne jest
to, że ustawa nakłada na władze publiczne obowiązek współpracy
z organizacjami pożytku publicznego. To daje szansę na lepsze
wykorzystanie potencjału tych organizacji: ich energii, kreatywności,
znajomości dziedziny, którą się zajmują.
Ale projekt wymaga jeszcze wiele pracy. Np. niezbyt podoba
mi się część poświęcona wolontariatowi. Za dużo w niej rozmaitych
wymogów formalnych typu ubezpieczenie, szkolenie bhp, badania
lekarskie, a za mało o samej idei wolontariatu. Obawiam się,
żeby te wszystkie szczegółowe przepisy nie utrudniły spontanicznych
działań, takich jak choćby pomoc rówieśników niepełnosprawnemu
koledze, do którego regularnie przychodzą pomagać w lekcjach.
Zaraz się okaże, że taki szkolny wolontariat trzeba zarejestrować,
przeszkolić, zapewnić odpowiednie warunki pracy... A co będzie,
jeśli warunki w domu chorego kolegi nie spełniają norm bhp?
Myślę, że zamiast tego należało pomyśleć np. o karcie wolontariusza
wydawanej przez lokalne władze, która uprawniałaby do darmowych
przejazdów środkami miejskiej komunikacji i dawałaby wolontariuszowi
poczucie pewności siebie, legalności działań. Należało też
pomyśleć o promocji wolontariatu, np. żeby władze publiczne
miały obowiązek współpracować z organizacjami pozarządowymi
w tym promowaniu, żeby wprowadzić go do programów szkolnych.
Dziś ruch wolontariacki nie jest tak popularny, jak powinien
być, a to przecież podstawa społeczeństwa obywatelskiego.
Uważam też, że nie służy niczemu dobremu nadmierna kontrola
przewidziana w projekcie: organizacje mają być jednocześnie
kontrolowane przez kilka instytucji. To tylko mnoży biurokrację.
Nie ma też sensu, żeby nadzór nad wszystkimi miał minister
pracy, a nie jak dziś ministrowie odpowiedzialni za dziedzinę,
w której działa dana organizacja. Czy minister pracy potrafi
ocenić działalność w dziedzinie edukacji, ekologii, sportu
czy mniejszości narodowych?
Wreszcie niepokoi mnie brak jakichkolwiek trybów przekazywania
wskazanym przez podatników organizacjom owego 1 proc. podatku.
Kto ma to robić, kiedy i w jakim trybie? I czy z tego po
drodze nikt nic nie "urwie" na koszty administracyjne
albo na jakąś inną dziedzinę? Już teraz słyszałam, że minister
Celiński zabiega, żeby z tego odpisywać na kulturę.
Ewa Szymczak, prezes Stowarzyszenia na rzecz Forum Inicjatyw
Pozarządowych,
które od lat zabiegało o uchwalenie ustawy:
Za najważniejsze w projekcie uważam prawne uregulowanie
sytuacji wolontariuszy. Do tej pory z punktu widzenia prawa
są pracownikami zatrudnianymi na czarno.
Chociaż Inspekcja Pracy nie utrudniała nam życia, to jednak
wolontariuszy nie można np. ubezpieczyć od wypadków czy od
odpowiedzialności zawodowej. Nie bardzo jest też podstawa
do wydawania im zaświadczeń, że współpracowali z organizacją.
Te dokumenty są cenne przy poszukiwaniu pracy, bo poświadczają
zdobyte doświadczenie. Uregulowanie sytuacji prawnej wolontariuszy
sprawi też, że będzie można im stawiać wyższe wymagania.
Cenna jest możliwość korzystania z jednego procentu podatku.
Nie sądzę, żeby rozwiązało to problemy finansowe organizacji,
ale na pewno podniesie ich rangę i może skłonić ludzi do
większego udziału w ich działaniach: jeśli już przeznaczą
swój 1 proc., to będą chcieli wiedzieć na co. |
|
|