|Mapa strony |FAQ |English |Szukaj 
Znajdź program
 
FNP w prasie
  Najnowsze
  Głosy o fundacji
 
Przedstawiciele fundacji w prasie
  Prasa o laureatach i beneficjentach FNP
  Spór z Izbą Skarbową
  Recenzje książek
 
  FNP w prasie \ Prasa o laureatach i beneficjentach FNP    
   


NUMER 11/2001 (2289)
Rozmowa z prof. Bogumiłem Jeziorskim, chemikiem

Podglądanie materii

Niestety, obecnie nie działają mechanizmy, które umożliwiłyby efektywne wykorzystanie, skromnych przecież w Polsce, pieniędzy na naukę. Wprowadzony wraz z powstaniem Komitetu Badań Naukowych tzw. system grantów, czyli przydzielania części środków na badania w drodze konkursów, przeżywa regres. Tylko niewielki i ciągle malejący odsetek budżetu nauki dzielony jest metodą konkursową, a same procedury przyznawania i rozliczania grantów nie są zbyt wymagające.

EDWIN BENDYK

Chemia w powszechnym wyobrażeniu to nauka eksperymentalna, gdzie ważnych odkryć dokonuje się w laboratorium zastawionym retortami, kolbami, aparatami destylacyjnymi, w których bulgocą kolorowe substancje. Tymczasem panu wystarcza kartka, ołówek i komputer. Czy rzeczywiście jest pan chemikiem?

W chemii dominującą rolę nadal odgrywa eksperyment. Coraz trudniej jednak wyobrazić sobie przygotowanie doświadczeń, a później ich interpretację, bez teorii. Pierwotnym impulsem pobudzającym rozwój badań teoretycznych w chemii była chęć wyjaśnienia podstawowych właściwości cząsteczek, ich oddziaływań oraz zdolności do reagowania. Chemików zawsze nurtowały pytania, dlaczego atomy mogą łączyć się w cząsteczki i jakie warunki muszą być do tego spełnione, dlaczego pewne układy molekularne są trwałe, a inne szybko ulegają rozpadowi.

Dysponując ścisłą, wyrażoną formułami matematycznymi, wiedzą o powyższych zagadnieniach możemy lepiej zrozumieć nie tylko mechanizmy świata materii nieożywionej, ale i procesy chemiczne zachodzące w organizmach żywych. To zaś otwiera już przed nami drogę do całkiem praktycznych zastosowań: do skuteczniejszego projektowania nowych leków, gdzie etap żmudnych badań laboratoryjnych zastąpiony jest symulacjami komputerowymi; do opracowywania nowych materiałów o pożądanych właściwościach elektrycznych, mechanicznych lub optycznych; w końcu do lepszej interpretacji wyników analiz chemicznych, umożliwiających podglądanie materii podczas przemian.

Czy więc dzięki rozwojowi chemii teoretycznej chemia staje się coraz bardziej nauką inżynierską, w której nowe konstrukcje - cząsteczki o nieznanych właściwościach - będą projektowane z równą ścisłością jak dzisiaj mosty?

Nie ma żadnych fundamentalnych praw, które uniemożliwiałyby taki rozwój. Największym ograniczeniem, oprócz ciągle doskonalonego aparatu teoretycznego, jest niedostatek mocy obliczeniowej komputerów. Złożoność problemów w chemii teoretycznej, a mówiąc ściślej - kwantowej, rośnie nieliniowo wraz ze wzrostem liczby atomów w badanej cząsteczce. W rezultacie dziś precyzyjnie możemy opisywać tylko układy relatywnie proste, zawierające kilkanaście - najwyżej kilkadziesiąt atomów. Bardzo złożone układy, jak choćby cząsteczki białek lub kwasów nukleinowych, mające ogromne znaczenie biologiczne, stwarzają ciągle poważne kłopoty. Ale przecież szybkości komputerów rosną w oszałamiającym tempie i sądzę, że w ciągu najbliższych dziesięciu lat będziemy świadkami przełomu w praktycznym wykorzystaniu wyników chemii teoretycznej.

Analogia z budowaniem mostów jest trafna - pierwotnie też budowano je metodą prób i błędów, a obecnie projektuje się je na podstawie doskonale znanych praw mechaniki i precyzyjnych obliczeń komputerowych. Innym przykładem może być teoria elektromagnetyzmu wyrażona w słynnych równaniach Maxwella, które w chwili powstania w połowie XIX stulecia miały znaczenie czysto poznawcze, a dziś są podstawą radiotechniki i telekomunikacji. Podobną rolę w inżynierii molekularnej odegra chemia kwantowa.

Odbierając nagrodę Fundacji na rzecz Nauki Polskiej podkreślił pan rolę, jaką odegrał w pańskim rozwoju naukowym prof. Włodzimierz Kołos. Nazywa go pan jednym z najwybitniejszych uczonych polskich XX w., ale niewiele o nim wiemy. Moje wspomnienie to wykład i egzamin z chemii kwantowej podczas studiów oraz posiedzenia Rady Wydziału Chemii w latach 80., kiedy mimo obecności umundurowanego politruka wyraził swoje poparcie dla dążeń studentów, np. w sprawie legalizacji NZS. Później nigdy nie zdołałem go namówić na wywiad.

Włodzimierz Kołos był rzeczywiście wielką postacią, lepiej znaną w świecie niż w Polsce. Współtworzył nowoczesną chemię kwantową, sam zresztą uczył się od najlepszych - doktoryzował się u Leopolda Infelda, wybitnego polskiego fizyka, bliskiego współpracownika Alberta Einsteina. W 1957 r. niespełna trzydziestoletni Kołos wyjechał do Chicago, jednego z najważniejszych wówczas ośrodków zajmujących się chemią teoretyczną i szybko zyskał światową sławę. To był szczególny moment dla chemii kwantowej. Uczeni znali równania mechaniki kwantowej, nie było jednak do końca wiadomo, czy przydadzą się one do rozwiązywania problemów chemicznych, czy pozwolą na uzyskiwanie wyników o dokładności porównywalnej z eksperymentem. Dużego rozgłosu nabrał swoisty wyścig, jaki rozegrał się między Włodzimierzem Kołosem i jego współpracownikiem z Torunia Lutosławem Wolniewiczem z jednej strony, a wielkim eksperymentatorem spektroskopistą Gerhardem Herzbergiem z drugiej. Wyniki obliczeń, jakie Kołos i Wolniewicz uzyskali dla energii potrzebnej do rozerwania cząsteczki wodoru, różniły się istotnie od wyników najdokładniejszych wówczas pomiarów Herzberga. Możliwe były trzy wyjścia: albo mylili się młodzi polscy teoretycy, albo ?papież? spektroskopii molekularnej Herzberg, albo też mechanika kwantowa nie nadawała się do dokładnego opisu wiązania chemicznego. Na szczęście pomylił się Herzberg.

Kołosa poznałem po jego powrocie z Chicago, gdy był już uczonym o ugruntowanej pozycji w świecie. Międzynarodowa Akademia Kwantowych Nauk Molekularnych przyznała mu w 1967 r. jako pierwszemu laureatowi swój prestiżowy medal. Miałem okazję przygotowywać pod jego opieką pracę magisterską, w której uzyskałem kilka oryginalnych wyników. Wspomniany Herzberg zacytował je w 1971 r. podczas swojego wykładu noblowskiego. Nie ukrywam, że było to dla mnie źródłem sporej satysfakcji. Powyższe wydarzenie pokazuje, że nauka uprawiana przez profesora Kołosa i problemy, jakie stawiał swoim współpracownikom, były najwyższej światowej rangi. Nie uznawał przeciętności i jej usprawiedliwiania sytuacją polityczną ówczesnej Polski.

Włodzimierz Kołos zajmował się również refleksją filozoficzną. Był częstym gościem na organizowanych przez Jana Pawła II seminariach w Castel Gandolfo, gdzie komentował filozoficzne skutki badań naukowych. Z kolei wielki fizyk Richard Feynman uważał, że filozofia nie jest uczonemu do niczego potrzebna. Który z poglądów, Kołosa czy Feynmana, jest panu bliższy?

Aby skutecznie rozwiązywać problemy naukowe, przynajmniej w mojej dziedzinie, filozofia nie jest potrzebna. Dobrze sformułowane trudne zagadnienie potrafi wypełnić cały czas, absorbować całą uwagę, wszystkie chwile umysłowej aktywności - aż w pewnym momencie znajdzie się właściwe rozwiązanie. Refleksje filozoficzne raczej nie przyspieszyłyby znalezienia tego rozwiązania. Źródło inspiracji znajduję raczej w dyscyplinach pokrewnych - w fizyce, matematyce. Zgadzam się natomiast, że obcowanie z problemami fundamentalnymi może prowadzić do filozoficznej zadumy, do pytań choćby o to, dlaczego czysto abstrakcyjne pojęcia matematyczne tak dobrze nadają się do opisu rzeczywistości fizycznej. Przyznam jednak szczerze, że w moim przypadku ta zaduma raczej przeszkadza, niż pomaga w pracy naukowej.

Prowadzi pan prace naukowe, które doskonale mieszczą się w definicji badań podstawowych, a więc takich, w których nie zakłada się z góry praktycznego wykorzystania. W Polsce nierzadko podnosi się argument, że jesteśmy zbyt biednym krajem, by pozwolić sobie na taki luksus.

Nie jesteśmy aż tak biednym krajem, by zrezygnować z badań podstawowych. Zaspokajają one nie tylko ambicje uprawiających je uczonych, ale przyczyniają się również do powiększania potencjału cywilizacyjnego naszego kraju. Polska jest jednak zbyt biednym krajem, by utrzymywać kiepskie badania podstawowe. Wielu naszych naukowców obawia się konfrontacji z nauką światową, a w przypadku badań podstawowych jest to jedyne kryterium wartości prowadzonych poszukiwań. Być może nie potrzeba nam aż tylu ludzi zajmujących się badaniami podstawowymi, jeśli badania te nie są na światowym poziomie.

Z drugiej strony potencjał kreatywności naukowej społeczeństwa polskiego nie jest dobrze wykorzystany. W przeliczeniu na milion mieszkańców polscy uczeni publikują blisko dwa razy mniej prac naukowych niż ich czescy i węgierscy koledzy, a przecież nie ma żadnego powodu aby uznać, iż procent osób utalentowanych do pracy badawczej jest u nas mniejszy.

Niestety, obecnie nie działają mechanizmy, które umożliwiłyby efektywne wykorzystanie, skromnych przecież w Polsce, pieniędzy na naukę. Wprowadzony wraz z powstaniem Komitetu Badań Naukowych tzw. system grantów, czyli przydzielania części środków na badania w drodze konkursów, przeżywa regres. Tylko niewielki i ciągle malejący odsetek budżetu nauki dzielony jest metodą konkursową, a same procedury przyznawania i rozliczania grantów nie są zbyt wymagające.

W Stanach Zjednoczonych, kraju o najlepiej rozwiniętej nauce, mamy do czynienia z odwrotną sytuacją - tam wszystkie pieniądze na badania zdobywa się w bardzo ostrej konkurencji, do której stają zarówno młodzi naukowcy, jak i zasłużeni laureaci Nagrody Nobla. Nikt nie ma pewności, że jak skończy się aktualny kontrakt, to będą pieniądze z kolejnego. Nie sądzę, by było właściwe powielać dokładnie model amerykański w Polsce, ale na pewno powinna wzrosnąć rola konkurencji w ubieganiu się o pieniądze na badania i na utrzymanie zespołów naukowych.

Źródło:
http://polityka.onet.pl/artykul.asp?DB=162&ITEM=1023846&MP=1

 

   
 
 
    projekt: OS3 multimedia