Rozmowy na 25-lecie Fundacji: z dr hab. Justyną Olko, badaczką kultury Indian Nahua, rozmawia Patrycja Dołowy

Dodano: :: Kategorie: Aktualności, 25 lat FNP
-A A+

 25 rozmów na 25-lecie Fundacji. Fundacja na rzecz Nauki Polskiej obchodzi w tym roku 25-lecie swojej działalności. Z tej okazji zaprosiliśmy 25 laureatów naszych programów do rozmowy o tym, jak się „robi” naukę. Co ich fascynuje?  Co jest tak ciekawe i ważne w tym, czym się zajmują, że zdecydowali się poświęcić temu większą część życia? Jak osiąga się sukces?

Bohaterki i bohaterowie wywiadów to badacze, którzy reprezentują wiele odległych od siebie dziedzin, są na różnych etapach kariery naukowej i mają różnorodne doświadczenia. Łączy ich jedno – uprawiają naukę na światowym poziomie, mają na koncie imponujące osiągnięcia, a w swoim bogatym CV – różnego typu wsparcie od FNP. Kolejne wywiady będą ukazywać się cyklicznie na stronie FNP.

Zapraszamy do lektury!

Badania ze społecznościami

Z dr hab. Justyną Olko, badaczką kultury Indian Nahua, rozmawia Patrycja Dołowy

PATRYCJA DOŁOWY: Kultura Indian Nahua, czyli Azteków. Meksyk. Skąd te zainteresowania?

JUSTYNA OLKO: Byłam jeszcze dzieckiem, musiałam mieć jakieś 10-11 lat, gdy z bardzo romantycznych powodów zainteresowałam się kulturami prekolumbijskimi. W świetle dostępnej mi wówczas literatury były to kultury słabo poznane, egzotyczne. Wytrwałam cały okres liceum i studiów w mocnym postanowieniu, że chcę badać przedhiszpańskie kultury Ameryki.

A po studiach pojechała Pani pracować jako archeolog w miastach Majów.

Studiowałam w trybie międzywydziałowym, natomiast dyplom obroniłam na Wydziale Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego. Po dyplomie pojechałam na wykopaliska do dżungli i bardzo szybko zdałam sobie sprawę, że to nie jest dokładnie to, co bym chciała robić, że te metody badawcze ograniczają pytania, które mogę postawić, a jeszcze bardziej zakres odpowiedzi, jakie chciałabym uzyskać.

To był pierwszy zakręt na Pani drodze naukowej?

Od początku studiów fascynował mnie język aztecki  – język nahuatl. Kiedy je zaczęłam, uczęszczałam na, akurat wtedy zorganizowany na uniwersytecie,  kurs wprowadzający do tego języka, prowadzony przez Stanisława Iwaniszewskiego. Później nauczyłam się języka niemieckiego, tylko po to, by dostać się na stypendium do Niemiec, do jedynego wtedy ośrodka w tej części Europy, który prowadził systematyczny kurs nahuatl.  Tę naukę później kontynuowałam samodzielnie, pracowałam ze studentami, analizowałam źródła. Archeologia została daleko w tyle, a ja zaczęłam zajmować się Indianami Nahua. Tekstami pisanymi. Żadna inna kultura tubylcza nie pozostawiła po sobie tak ogromnego i bogatego zbioru źródeł pisanych. Powstawały od momentu przybycia Europejczyków (trafiliśmy np. na najstarszy datowany dokument w nahuatl: rozporządzenie przeciw bałwochwalstwu z Tlaxali z 1543 roku) aż do początku XIX wieku. Tradycja literacka kwitła przez kilka stuleci. Indianie szybko przyswoili alfabet łaciński, by rozwijać własną kulturę pisaną. Jednak w trakcie prac nad doktoratem nadszedł taki moment, kiedy już wiedziałam, że i to mi nie wystarcza.

Kolejny naukowy zwrot?

Fascynowały mnie zarówno cywilizacja przedhiszpańska, jak i zderzenie bardzo odmiennych kultur oraz jego długofalowe konsekwencje. Z tego zderzenia wyłania się świat mieszany, świat bardzo drastycznych zmian, ale i ciągłości. Zazwyczaj badacze analizowali albo jedną epokę, albo drugą. Ja postanowiłam zobaczyć, jak to trwa. Konkwista wydała  mi się sztuczną cezurą i zdecydowałam się ją niejako pominąć jako ogranicznik czasowy zakresu badań. W mojej pracy doktorskiej, która traktowała o antropologii stroju, insygniach władzy przed konkwistą i po konkwiście, przyjęłam założenie, by pokazać to bez cezury. Oczywiście mając świadomość konsekwencji, jakie wynikają z wprowadzenia np. hiszpańskich elementów stroju czy zmian kulturowych. Takie ujęcie metodyczne rzadko się wcześniej spotykało. Tymczasem dla Indian sama konkwista nie miała aż tak wielkiego znaczenia, jak zwykło się sądzić (w porównaniu na przykład do długotrwałych procesów kolonizacyjnych czy chrystianizacji). Było ono wyolbrzymiane przez Europejczyków. Rdzenne tradycje przetrwały w formach przekazów, które dość długo pozostawały poza zainteresowaniem badaczy.

To bardzo odważne podejście. Miała Pani jakichś mentorów?

Pracowałam na odległość z Jamesem Lockhartem, amerykańskim etnohistorykiem, twórcą szkoły Nowej Filologii, badającej kolonialny język nahuatl i historię codzienną Indian Nahua widzianą ich oczami – przez pryzmat źródeł indiańskich, a nie hiszpańskich. Profesor zmarł w styczniu 2014 roku. Przez te lata: od mojego doktoratu do Jego śmierci, był dla mnie ważnym konsultantem, autorytetem naukowym. To on w latach 70. i 80. zrewolucjonizował naszą dyscyplinę, wprowadzając perspektywę rdzenną. Uwzględnił źródła, którymi do tej pory pogardzano –  dokumenty sądowe, testamenty, rachunki. Zajmował się mikrohistorią, ale ze zrozumieniem głębszych, szerszych rytmów i procesów. To była unikalność Jego myśli. Wielu z Jego uczniów nie potrafi znaleźć tej równowagi między skalą mikro i makro w badaniach nad światem indiańskim. To było fascynujące w Jego sposobie pracy. Z dyskusji z nim zrodził się projekt „Zderzenie języków”. To był rok 2009. Od początku staraliśmy się uwzględnić fakt, że wymiana kulturowa następowała w obu kierunkach i że tych procesów nie powinno się rozdzielać. Nie tylko hiszpański wpłynął na język Azteków. Język nahuatl także wpływał na hiszpański. Odkrycie i kolonizacja Nowego Świata dogłębnie zmieniły myśl i kulturę europejską. To był pierwszy projekt zespołowy, bardzo duże przedsięwzięcie.

Badaliście zmiany w języku?

Przy czym James Lockhart nie był językoznawcą, lecz historykiem. Zajmował się zmianami języka w okresie kolonialnym z punktu widzenia historyka. Ja postanowiłam zbadać to systematycznie. Zobaczyć różne regionalne, lokalne trajektorie, sprawdzić, jak te mikrorytmy i makrorytmy można rekonstruować w długiej perspektywie czasowej. Lockhart pracował wyłącznie nad źródłami kolonialnymi, nie znał współczesnego języka nahuatl, słabo znał współczesną kulturę. Uważał, że język jest skazany na wymarcie i nie zasługuje na badanie. W tym się różniliśmy.

Wiedliśmy na ten temat gorące dysputy, ale ostatecznie uznał zasadność mojego podejścia, by połączyć badania nad dawnym i współczesnym językiem nahuatl w jednym, spójnym projekcie. Na szczęście, dzięki temu, że od 2000 roku uczyłam języka nahuatl na Uniwersytecie Warszawskim, na tym etapie miałam już swoje grono uczniów, którzy znakomicie znali kolonialny język nahuatl i byli w stanie pracować ze źródłami. Skupiłam się na badaniu zmiany językowej nie będąc lingwistą. Nigdy wcześniej nie pracowałam zespołowo, nie licząc udziału w projektach archeologicznych.

olko

Justyna Olko z członkiniami kobiecego chóru Zohuameh Matlalcueyetl śpiewającego w nahuatl; San Francisco Tetlanohcan, Tlaxcala, Meksyk (z archiwum J. Olko).

Następny odważny krok!

Wystąpiłam o grant. Wtedy po raz pierwszy trafiłam do Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.  Prawdę mówiąc, przy takiej konkurencji, nie spodziewałam się, że wniosek będzie pozytywnie rozpatrzony. Już w finale, gdzie się walczyło, o to, czy się subsydium dostanie, czy nie, zapamiętałam najlepiej jedno z pytań: co pani tu robi, mając dyplom z archeologii?[1] To było dla mnie bardzo orzeźwiające, ponieważ uświadomiło mi mechanizm, który działa w nauce, nie tylko w Polsce, nie pozwalający ludziom wyjść poza własną dyscyplinę, jednocześnie promując interdyscyplinarność. Tak jakby się zakładało, że zrobiwszy dyplom, już niczego więcej w życiu nie można się nauczyć. Tylko dyplom może sankcjonować wkroczenie na teren danej dziedziny naukowej. A ponieważ w tym momencie wydawało mi się, że i tak nie mam szans w tej rozgrywce, odpowiedziałam z uśmiechem, że mam w tym temacie dużo do powiedzenia, że znam język, że przeszłam dużą ewolucję jako badaczka i poszukuję metod, które będą w stanie moją ciekawość badawczą zaspokoić. Dla mnie rozwój naukowy wiąże się z  sięganiem po takie narzędzia, jakich potrzebuję. Uważam, że badacz ma prawo dobierać metody do stawianego problemu, a nie ograniczać się dyscyplinami. Co nie znaczy, że należy ignorować dorobek dyscypliny i metody, które są istotne dla rozwiązania jakiegoś konkretnego problemu. Dostałam to subsydium. To był dla mnie bardzo ważny moment. Pierwszy zespół. Jądro tego zespołu, który pracuje ze mną dzisiaj stanowią właśnie ludzie, którzy zaczęli pracować wówczas dzięki programowi FOCUS FNP.

Czyli takie były początki Pracowni Spotkania Starego i Nowego Świata na Wydziale Artes Liberales UW, którą Pani kieruje?

Cała nasza struktura, pracownia, przestrzeń, w której pracujemy, powstała dzięki wsparciu FNP. Do dzisiaj z niej korzystamy. Pomimo, że można znaleźć wiele grantów na badania, to jednak o tak kompleksowe wsparcie, które uwzględnia też zapotrzebowanie na infrastrukturę, na sprzęt, nie jest łatwo. Przez kolejne lata zespół ewoluował, projekt ewoluował. Uczyliśmy się pracować zespołowo i sięgać po nowe metody. Pojawiały się nowe pytania badawcze. Dość szybko zadałam sobie sprawę, że nie mogę się ograniczyć do epoki kolonialnej, że muszę zakwestionować perspektywę mojego mentora, który uważał, że etnohistoryk nie powinien wychodzić poza przeszłość. Ostatecznie postawiłam na swoim i udało mi się go przekonać. Wsparł pomysł i uznał za wartościowy. Był ciekawy rezultatów. Dla mnie to był kolejny przełom. To wtedy postanowiłam nauczyć się mówić współczesnym językiem nahuatl.

Bardzo się ten język różni od źródłowego nahuatl?

To jak z łaciną. Kolonialna wersja języka, którą można znaleźć w źródłach pisanych, powstała kilkaset lat temu. To nie jest język, którym się mówi. Uczyłam studentów tłumaczeń, zgodnie ze wszystkimi regułami, ale miałam świadomość, że istnieje jakaś ogromna bariera między tym językiem a żywą kulturą. Aczkolwiek wtedy jeszcze nie kwestionowałam obowiązującego paradygmatu, mówiącego, że tamta kultura Nahua już nie istnieje, że ciągłość kulturowa została przerwana. W którymś momencie postanowiłam jednak to sprawdzić. Wyszłam wtedy z bezpiecznego zacisza archiwów, ze świata pięknych dokumentów i zobaczyłam, jaka jest rzeczywistość. Zrozumiałam, że język właśnie teraz boryka się z największymi problemami i stoi przed największym wyzwaniem w swojej historii.

Dlaczego tak się dzieje?

Mimo liberalnego prawa dotyczącego mniejszości i języków etnicznych w Meksyku (wszystkie mowy Indian lokalnych mają status języka od 2002 roku), dyskryminacja jest potworna. Metody dwujęzyczne, zamiast chronić język, są szybką metodą jego eksterminacji. W najlepszym wypadku dzieci indiańskie mogą „uczyć się” swojego języka jako dodatkowego, a pozostałe przedmioty prowadzone są tylko po hiszpańsku. Możliwość wyrażania się i rozwoju intelektualnego we własnym języku jest skutecznie blokowana przez politykę państwową, realizowaną od lat 50. XX w. Rodzice dostają silny przekaz, by nie krzywdzić dzieci i nie mówić do nich w językach indiańskich. W ciągu ostatnich generacji na obszarach kluczowych dla języka nahuatl przekaz został przerwany. Obecnie w większości społeczności w tym języku mówią pokolenia powyżej 50. roku życia. Pracując wcześniej komfortowo jako historyk nie zdawałam sobie z tego sprawy. Również z tego, że ciągłość kulturowa i językowa to fakt, którego badacz nie powinien ignorować. Język i kultura ewoluowały, zmieniały się, zachowując jednak swą integralność. Jądro kultury Nahua jest dalej przekazywane i replikowane w języku. Wiele dawnych pojęć i koncepcji, do których nie mamy klucza, wciąż tam jest. To było dla mnie nie tylko przełomowe pod względem naukowym, lecz jednocześnie spowodowało pojawienie się innego wyzwania. Nie da się badać tej kultury, traktując ją jako abstrakcyjny byt, bo tam są żywi ludzie, którzy byli i  są przedmiotem wielopłaszczyznowej dyskryminacji, którzy stoją przed obliczem zagłady kulturowej i językowej. Jako badaczka nie mogłam ani stać wobec tego obojętnie, ani traktować ich dłużej jedynie jako obiektów badań.

Czyli to jednocześnie wyzwanie naukowe i społeczne?

Udało mi się znaleźć partnerów naukowych w Meksyku, którzy myśleli podobnie. Postanowiliśmy włączyć badaczy indiańskich w projekty, które są realizowane we współpracy międzyinstytucjonalnej, i w Meksyku, i w Polsce. Dzięki temu daliśmy rdzennym studentom i badaczom szansę rozwijania warsztatu do prowadzenia badań nad swoją własną kulturą. To był kolejny bardzo znaczący, a jednocześnie niełatwy, krok. Na własnej skórze odczuliśmy zderzenie kultur. Błądziliśmy. To było jak operacja na otwartym sercu. Dopiero dzisiaj, gdy patrzę wstecz z perspektywy kilku lat, widzę, jakie błędy popełniliśmy. Dziś wiemy, że z naszych indiańskich pracowników nie chcemy robić klonów zachodnich badaczy, tylko tworzyć przestrzeń do rozwoju rdzennej metodologii i sposobów pozyskiwania wiedzy. To są często zupełnie inne metody badawcze. Jest to część procesu dekolonizacji nauki. Dziś wiem, jak bardzo może nas wzbogacić to, że możliwy jest głębszy i twórczy dialog między różnymi narzędziami i perspektywami.

To brzmi jak ewolucja badawcza w trakcie projektu, który narodził się dzięki wsparciu fundacji.

Do kolejnego projektu udało mi się przekonać panel historyczno-antropologiczny Europejskiej Rady do spraw Badań Naukowych (ERC). Dostałam grant na projekt Europe and America in Contact, w którym jednym z kluczowych elementów było to, że Indianie nie są informatorami, tylko badaczami i uczestnikami. Nie tylko studenci, ale i członkowie społeczności. Przyjęliśmy zasadę, że badania terenowe prowadzimy tylko w partnerstwie ze społecznościami lokalnymi. Oni mają sprawczą rolę, decydujący głos na temat tego, jak planować badania, jak respektować lokalne obyczaje, jak prowadzić rozmowy. Etnologia czy etnolingwistyka przechodziły rozmaite etapy, jeśli chodzi o podejście do badanej rzeczywistości: badania na społecznościach, badania dla społeczności. To, do czego my chcemy dążyć, to badania ze społecznościami. By to osiągnąć, potrzebujemy głębokiej autorefleksji, jaką rolę w tym procesie odgrywamy, że nie jesteśmy transparentni, że nasze badania mają istotne konsekwencje. Wywieramy wpływ i nie jesteśmy do końca w stanie go przewidzieć. Rodzi się poczucie odpowiedzialności.

Bardzo poważne podejście.

Doszliśmy do momentu, w którym bez odpowiedzialności dalsza droga nie byłaby możliwa. To problem, który badamy determinuje to, jakie metody wybieramy do poszukiwania rozwiązania. Dla mnie ważne jest również, by to nie były badania „stosowane.” To znaczy, nie powinno być tak, że my, oświeceni badacze Zachodu, pozyskujemy wiedzę, a potem ją łaskawie „tubylcom” przekazujemy, tylko żeby badania tworzyły przestrzeń dla refleksji rdzennej, by miały realne oddziaływanie społeczne, żeby prowadziły do zmiany, prowokowały dyskusję, wzbogacały i wyzwalały potencjał w grupach dyskryminowanych, przyczyniały się do zmniejszania ich izolacji. W ubiegłym roku po raz pierwszy, a w październiku tego roku ponownie, zrobiliśmy dla Indian warsztaty z czytania tekstów ich przodków, tekstów kolonialnych, bo tego nie ma w szkole, tego nie uczą w meksykańskich szkołach. To wiedza zamknięta w „wieży z kości słoniowej”, zastrzeżona dla badaczy. Doprowadziło to do tego, że dzisiejsi Indianie nawet nie wiedzą, że ich przodkowie posługiwali się pismem alfabetycznym na swoje własne potrzeby, w tym broniąc swych interesów w okresie kolonialnym. Często mają przekonanie, że pismo było narzędziem dominacji hiszpańskiej. Tłumaczymy stare dokumenty na współczesny nahuatl. Oni są wzruszeni, bo pierwszy raz czytają teksty przodków. Wzrastają w świadomości cezury między wspaniałymi kulturami Azteków, Majów, a brudnymi Indianami, którzy nie mówią żadnym językiem, bo to, co mówią, to jest mieszanka hiszpańskiego i dialektów lokalnych, a nie żaden język – to się im skutecznie wmawia. Ta wspólna praca daje im poczucie dumy z tego, kim są. Wydajemy i rozprowadzamy za darmo w Meksyku książki dla dzieci, literaturę dla dorosłych, słowniki. Ostatni słownik obrazkowy zrobiony przez dwóch rdzennych badaczy, Abelardo de la Cruz i Eduardo de la Cruz oraz Joannę Maryniak, naszą doktorantkę, ma część historyczną, która ma dzieciom indiańskim ukazać ich korzenie. Zależy nam na tym, żeby pomóc rozwijać im narzędzia i świadomość, których w Meksyku nie dostają, po to by mogli oddolnie działać. My za nich tego języka nie uratujemy.

I tu dochodzimy do kolejnego etapu w Pani karierze naukowej.

Weszłam w dziedzinę wcześniej dla mnie obcą: języków zagrożonych i polityki językowej. Okazało się, że sytuacja w Polsce nie jest dużo lepsza niż w Meksyku. Na przykład dzieci łemkowskie i kaszubskie w Polsce, podobnie jak dzieci indiańskie w Meksyku, uczą się w szkołach swojego języka jak języka dodatkowego, nie jest on językiem nauczania. Dzięki wsparciu, które uzyskaliśmy tym razem z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w ramach Narodowego Programu Wspierania Humanistyki, wspólnie ze społecznościami zaczęliśmy wypracowywać strategie rewitalizacji dla trzech języków: wilamowskiego i łemkowskiego w Polsce oraz nahuatl w Meksyku. Umożliwiliśmy nawiązanie kontaktów i wymiany doświadczeń między członkami tych grup. W ramach projektu możliwe było nie tylko uruchomienie serii wydawniczej w języku nahuatl i wspieranie oddolnych inicjatyw w społecznościach indiańskich, ale i stworzenie trwałego wsparcia dla społeczności Wilamowic, w tym zwłaszcza dla miejscowego rewitalizatora, Tymoteusza Króla. Do działań przyłączyły się lokalna szkoła i władze. Dzięki temu udało się już wykształcić nowych użytkowników języka i pozytywnie wpłynąć na postawy językowe. Na rewitalizacyjną szkołę terenową, którą zorganizowaliśmy we wrześniu tego roku w Wilamowicach, oprócz uczestników z naszego Wydziału przyjechali przedstawiciele mniejszości językowych z całego świata: Kaszubi, Łemkowie, wyspy Man, gdzie rewitalizowany jest język Manx, z wyspy Guernsey, z Meksyku, Antyli, Szkocji, Hiszpanii, Buriacji, eksperta od rewitalizacji języka Saami z Norwegii, ekspertów i studentów ze School of Oriental and African Studies (SOAS) Uniwersytetu Londyńskiego  oraz z Uniwersytetu w Lejdzie. To jest możliwe dzięki kolejnemu wsparciu projektu  w ramach Programu Twinning Komisji Europejskiej dotyczącego budowania potencjału w zakresie rewitalizacji i humanistyki zaangażowanej. Nasza propozycja uzyskała w tym konkursie 14,5 punktów na 15 .

Co dzieje się dalej, jakie macie plany?

Europejska Karta Języków Mniejszościowych jest dokumentem bardzo postępowym, ale np. nie chroni języków migrantów. Ani użytkowników wielu lokalnych mów. Obecnie w Europie problem wielokulturowości narasta, a polityka językowa i kulturowa sobie z nim nie radzi. Trzeba szukać nowych metod i zmieniać świadomość oraz nastawienie społeczne względem różnorodności językowo-kulturowej i językowych praw człowieka. Nad tymi rozwiązaniami będziemy pracować w dużym międzynarodowym zespole przez najbliższe trzy lata. Na listopad 2017 r. planujemy organizację europejskiego tygodnia różnorodności językowej i kulturowej.

Jak to się wszystko udało?

Gdybym miała podsumować, to trzeba o tym mówić na wielu płaszczyznach. Różnego rodzaju instytucje okazały mnie i mojemu zespołowi zaufanie. Takie projekty, w których wykracza się poza badania naukowe, które łączą się z misją społeczną, są zwykle z mniejszym zaufaniem dofinansowywane lub nie mieszczą się w ramach sztandarowych programów finansowania. Zaufanie było niezbędne. Potrzebna była wolność akademicka na Wydziale „Artes Liberales” UW. Kluczowe jest, że udało się stworzyć takie projekty badawcze, które znalazły poparcie i zrozumienie. Jednak trzeba pamiętać, że żadna wolność nie jest dana raz na zawsze i trzeba zawsze świadomie ją szanować, rozwijać i kształtować.

Taki wielki zespół, to nie jest chyba częste w humanistyce?

Nasz zespół jest bardzo niejednorodny. Każdy nieco inaczej widzi swoją misję. Z tej różnorodności rodzi się dyskusja i wzajemne wsparcie, wymiana, dialog. Ja najbardziej cenię takich współpracowników, którzy nie mówią mi tego, co chcę usłyszeć. Nie zawsze się ze mną zgadzają i to cenię. Ten zespół udało się zbudować na miejscu w Warszawie, ale ma też swoje odnogi w różnych społecznościach lokalnych i na innych uniwersytetach. W tym tkwi nasz potencjał. Jestem orędowniczką badań zespołowych, choć szanuję w pełni pracę tych badaczy, którzy nie realizują się w tym typie pracy. Ważne, że jesteśmy zespołem dynamicznym. Dołączają się nowe osoby, inni odchodzą, realizując swoją misję w nowych miejscach. Wyjeżdżają, poszerzają naszą działalność. Nasz zespół liczy kilkanaście osób w Polsce, kilkunastu stałych współpracowników w Meksyku oraz na SOAS w Londynie, w Holandii i w Hiszpanii. Budujemy rozmaite sieci powiązań. 

Nie bez znaczenia było Pani podejście w trakcie doktoratu, żeby znosić cezury?

Tak, i stosujemy je dalej. Znosimy kolejne cezury. Ostatnio na przykład udało nam się z dr Julią Madajczak, badaczką z naszego zespołu, wykazać, że termin, jaki środowisko naukowe przyjmowało bezkrytycznie na określenie duszy w świecie azteckim, jest neologizmem kolonialnym. Rdzeń wierzeń okazuje się być zupełnie inny niż ten dotąd rekonstruowany, ale to można dopiero wykazać, badając w sposób interdyscyplinarny zarówno źródła historyczne, jak i to, co z tego twardego jądra przetrwało mimo kilku stuleci lat kolonizacji. Staramy się łączyć badania naukowe z działaniami praktycznymi, zaangażowanymi i dekolonizującymi, otwieramy się na alternatywne sposoby generowania i przekazywania wiedzy, jak metodologie rdzenne. Chciałabym, żeby w przyszłości oba te komponenty harmonijnie się rozwijały. Wzajemnie się uzupełniały, wspierały. W tym odnajduję sens mojej pracy.

DR HAB. JUSTYNA OLKO kieruje Pracownią „Spotkania Starego i Nowego Świata” Wydziału „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego. Laureatka programów FNP: FOCUS (2009) i IDEE DLA POLSKI (2013).

[1] Opisywany konkurs w programie FOCUS miał zdefiniowaną tematykę badań: językowa kategoryzacja świata

 

Przeczytaj także:

Niekończąca się opowieść – z dr Haliną Waś, badaczką zajmującą się biologią komórkową, rozmawia Patrycja Dołowy

Chińczyk w Warszawie – z dr PAWŁEM RUTKOWSKIM, językoznawcą i współtwórcą korpusu polskiego języka migowego (PJM), rozmawia Anna Mateja

Cofnij