Rozmowy na 25-lecie Fundacji: z drem hab. Michałem Bilewiczem rozmawia Anna Mateja

Dodano: :: Kategorie: Aktualności, 25 lat FNP
-A A+

25 rozmów na 25-lecie Fundacji. Fundacja na rzecz Nauki Polskiej obchodzi w tym roku 25-lecie swojej działalności. Z tej okazji zaprosiliśmy 25 laureatów naszych programów do rozmowy o tym, jak się „robi” naukę. Co ich fascynuje?  Co jest tak ciekawe i ważne w tym, czym się zajmują, że zdecydowali się poświęcić temu większą część życia? Jak osiąga się sukces?

 

Bohaterki i bohaterowie wywiadów to badacze, którzy reprezentują wiele odległych od siebie dziedzin, są na różnych etapach kariery naukowej i mają różnorodne doświadczenia. Łączy ich jedno – uprawiają naukę na światowym poziomie, mają na koncie imponujące osiągnięcia, a w swoim bogatym CV – różnego typu wsparcie od FNP. Kolejne wywiady będą ukazywać siię cyklicznie na stronie FNP.

Zapraszamy do lektury!

Człowiek potrafi się zmienić

Z dr. hab. Michałem Bilewiczem, psychologiem społecznym, rozmawia Anna Mateja

ANNA MATEJA: Na ile twórcze są badania nad zrozumieniem społecznych uprzedzeń? Pytam nieco podejrzliwie, bo zdaję sobie sprawę, że nie jest łatwo mówić ludziom rzeczy trudne do przyjęcia. A świadomość, że efekty pracy mogą budzić protesty czy oskarżenia, chyba nie uskrzydla.

MICHAŁ BILEWICZ: Badania nikogo nie obwiniają, a jeśli – to całą społeczność w jednakowym stopniu. Wszyscy bowiem, jak pokazuje psychologia, w pewnych sytuacjach zachowujemy się tak samo, np. stajemy się uprzedzeni, odczłowieczamy innych, przerzucamy na nich odpowiedzialność za nasze niepowodzenia. Psycholodzy społeczni nie szukają więc winnych, ale starają się opisać stan faktyczny: w jaki sposób dochodzi do tego rodzaju zachowań? Kiedy zaczynają się konflikty? Dlaczego dajemy się przekonać, że „obcy” to nie ludzie i możliwy staje się lincz albo pogrom?

Problem pojawia się wtedy, gdy pokazujemy wyniki badań i pierwszą reakcją są słowa: „To nie my, Polacy, tak się zachowujemy. My nie krzywdzimy, my zawsze pomagamy”. Kiedy na posiedzeniu sejmowej Komisji Mniejszości Narodowych i Etnicznych przedstawiałem obiektywne, nikogo nie obwiniające badania dotyczące struktury antysemityzmu w Polsce i usłyszałem, że są antypolskie, byłem zdumiony taką reakcją.

Naprawdę?!

Naprawdę, ale staram się to zrozumieć. Stanley Milgram na początku lat 60. przeprowadził znany eksperyment dotyczący posłuszeństwa wobec autorytetu, w którym ponad 60 proc. badanych gotowych było zadać śmiertelne porażenie prądem innemu człowiekowi. Milgram opisał to potem grupie studentów i psychiatrów, prosząc, by zgadli, ilu badanych gotowych było zabić pod presją autorytetu. W obu grupach oceniono, że do końca skali doszło najwyżej 1–2 proc. badanych. Nikt nie wierzył, że było na to gotowych dwie trzecie badanych!

Niedawno na dość licznej grupie polskich internautów przeprowadziliśmy podobny eksperyment. Lekko zmieniliśmy jego postać, bo nauczyciel miał karać uczestnika za źle wykonane zadanie włączając silny dźwięk (końcowy sygnał miał być tak silny, że uszkadzałby bębenki słuchowe). Eksperyment przedstawialiśmy badanym, jako przeprowadzony albo na polskim uniwersytecie, albo na uczelni w Wielkiej Brytanii, albo w Niemczech.

Jaki odsetek badanych miał wykorzystać całą skalę?

Zdaniem polskich internautów, 65 proc. badanych Brytyjczyków i Niemców na pewno nacisnęłoby maksymalny dźwięk. Jednocześnie internauci uznali, że mniej niż połowa Polaków pozwoliłaby sobie na taki krok. Zdaniem badanych, polecenia przełożonych, niezależnie od tego, czego miałyby dotyczyć, wykonują wyłącznie „oni” – Niemcy i Brytyjczycy (jak widać, nawet doświadczenia historyczne nie miały znaczenia). Polacy mieliby być częściej zdolni do niezależnego myślenia, jakbyśmy mieli być wyjęci spod działania uniwersalnych mechanizmów posłuszeństwa.

W innym eksperymencie badaliśmy zjawisko nazywane krańcowym błędem atrybucji, czyli asymetrię w wyjaśnianiu działań „swoich” i „obcych”. Chcieliśmy zrozumieć, jak ludzie wyjaśniają bardzo podobne zachowania dokonane przez członków własnego narodu i innych, np. zbrodnię w Pawłokomie, gdzie w jednych wioskach UPA mordowała Polaków, w innych – AK Ukraińców. Po obu stronach to była czystka etniczna, ale gdy zapytać badanych, co skłoniło przodków do mordowania sąsiadów – presja zewnętrzna, chęć dominacji na tym terenie – pojawiają się różnice w odpowiedziach. Jeżeli myśmy mordowali, to widać taki był rozkaz, a poza tym sprowokowano nas; jeżeli nas mordowano – to z nienawiści i chęci grabieży.

Czego zupełnie się nie spodziewałem, ten wzorzec myślenia zaobserwowaliśmy nawet w Niemczech, gdzie jednej grupie badanych przedstawiliśmy historię żołnierza z Wehrmachtu, który zamordował grupę Żydów, a w drugiej, że ich uratował. Za każdym razem pytaliśmy o motywacje. Większość ankietowanych uważała, że za morderstwem stał rozkaz, mimo że nic w przedstawionej im historii na to nie wskazywało. Ci, którzy przeczytali historię w drugiej wersji, w większości uważali, że żołnierz uratował Żydów, bo miał dobry charakter. Te zniekształcenia wyjaśnień są szczególnie widoczne u ludzi silnie przywiązanych do własnego narodu, a także u tych, którzy preferują jasny obraz sytuacji i nie tolerują wieloznaczności.

Te eksperymenty utwierdziły mnie w przekonaniu o istnieniu silnych iluzji każdego narodu na własny temat. Iluzje te w nieuchronny sposób zniekształcają sposób, w jaki mówimy o historii, a nawet jak wyjaśniają ją historycy.

Wierzy Pan, że wiedza na temat naszych motywacji, pozyskana drogą badań naukowych, pozwala coś w sobie zmienić? Porzucić pewne poglądy, inne zrozumieć. Mam wrażenie w Pana dziedzinie jest o trudniej, niż w jakiejkolwiek innej.

Ależ skąd! Staramy się nie podawać mrocznej diagnozy człowieka – że taki on już jest i trudno to zmienić. Wręcz przeciwnie, skoro wiemy, dlaczego myśli z niechęcią, np. o uchodźcach i rozumiemy, jakie psychologiczne przyczyny za tym się kryją, to mamy też szansę znaleźć sposób, który pozwoli uprzedzenia obalić. Choćby przez nawiązanie osobistych kontaktów z grupą, która je budzi. To sprawdzona wielokrotnie hipoteza – wystarczy, że znamy wielu muzułmanów, Żydów czy Ukraińców, a w czasie kryzysu nie zaczniemy szukać wśród nich kozła ofiarnego. Znając ludzi, nie uwierzymy w schematy, wedle których każdy muzułmanin to terrorysta, Żyd – bankier, a Ukrainiec to zwolennik UPA. Co więcej, uważam, że nawet jeśli w Polsce pojawiają się takie poglądy, mają charakter sytuacyjny – wynikają z wzbudzonych sztucznie lęków, nieraz też z położenia osób, które takie poglądy wyrażają.

Czyli nawet, jeśli politykom sprzyja odwoływanie się do poglądów nacjonalistycznych, to nie musi oznaczać, że to one są tymi prawdziwymi, które wreszcie mogły dojść do głosu.

Tu przebiega oś mojego sporu, np. z antropologami kulturowymi i tymi humanistami, którzy szukają tzw. procesów długiego trwania. Pozwala im to twierdzić, że istnieje w Polsce, np. głęboki fundament antysemityzmu, który wychodzi na wierzch przy okazji bieżących wydarzeń. Nie ma popartych naukowymi badaniami przesłanek, które pozwoliłyby uznać za prawdziwe przekonanie, że ktoś jest, niejako z urodzenia, antysemitą albo islamofobem. Dla uaktywnienia uprzedzeń nie potrzeba też od razu polityków. Wystarczą media, które chcą zwiększyć sprzedaż.

Tabloidy?

Otóż nie tylko. Odpowiedzialność, np. za panikę antyislamską ponoszą także media o poważnym charakterze, w tym liberalne i otwarte. Z medioznawcą, prof. Jackiem Wasilewskim, przeprowadziliśmy eksperyment, w którym badani czytali krótkie artykuły informacyjne o „terrorystach muzułmańskich”, którzy dokonali zamachu. W niektórych artykułach dodaliśmy informację, że przywódca lokalnej społeczności muzułmańskiej potępił zamach, zapewniając, że takie działania są wbrew islamowi. W innych takiej wzmianki zabrakło, co w mediach często się zdarza, choć chyba każdy zamach był przez wielu imamów oprotestowywany. W badaniu tym zauważyliśmy, że brak wzmianki o reakcji społeczności muzułmańskiej silnie wzmagał islamofobię badanych. Zatem media, koncentrując się tylko na jednym aspekcie sytuacji, czyli na religii wyznawanej przez sprawców zamachu, potrafią stworzyć zniekształcony wizerunek wszystkich wyznawców islamu.

W innych badaniach analizowaliśmy, jak na odbiorców wpływają nienawistne komentarze kierowane do grup narodowościowych albo społecznych. Część z nich czytała komentarze agresywne, jednak nie zawierające mowy nienawiści wobec mniejszości. Inni wśród komentarzy musieli przeczytać wiele takich, które obrażały muzułmanów, Żydów czy gejów i lesbijki.

Domyślam się, że po jakimś czasie spotkaliście się z uczestnikami eksperymentu ponownie.

I zapytaliśmy, czy byliby skłonni zamieszkać przy ulicy, której większość mieszkańców byłaby, np. muzułmanami. Znaczna część z tych, którzy wcześniej czytali komentarze internetowe z mową nienawiści, odpowiedziała: „nie”. Ci, którym przedstawiono teksty neutralne, gotowi byli w znacznie większym stopniu zaakceptować w swoim otoczeniu geja, Żyda czy muzułmanina.

Te badania mówią sporo o tym, jak działa nasze myślenie. Długotrwałe czytanie nienawistnych komentarzy, choćby tych, które zupełnie bezkarnie są umieszczane w internecie, nakręca odbiorców w złych emocjach. I to także tych, którzy są tolerancyjni. Takie lektury obniżają próg naszej wrażliwości na arogancję, agresję, nienawiść. Mogę sobie wyobrazić, że w umyśle odbiorcy najpierw pojawia się myśl, że skoro „oni” są tak obrażani, widać coś jest z nimi nie tak. Z czasem czytelnik takich treści dochodzi do wniosku, że nie chce, aby „oni” byli jego sąsiadami czy kolegami z pracy.

Przyznaję, że właśnie takie badania, pokazujące sytuacyjne uwarunkowania ludzkiej psychiki, skłoniły mnie do zajmowania się psychologią społeczną. Nie podzielam bowiem przekonania, że pewne postawy w nas tkwią. Wręcz przeciwnie: to sytuacja, w jakiej znajdzie się człowiek, kształtuje jego zachowanie.

Na zdjęciu dr hab. Michał Bilewicz, fot. Paweł Kula

Na zdjęciu dr hab. Michał Bilewicz, fot. Paweł Kula

Każda informacja jest dzisiaj na wyciągnięcie ręki, więc można samodzielnie konfrontować opinie z rzeczywistością. To nie ma znaczenia?

Też chciałbym myśleć o człowieku, jako o poszukiwaczu, który przeczesuje internet w poszukiwaniu wiedzy. Ale tak nie jest. Odbiorcy zachowują się dzisiaj niemal tak samo, jak wtedy, gdy głównym źródłem informacji była telewizja z dwoma kanałami i jedna gazeta. Poszukują bowiem przede wszystkim takich poglądów, które wspierają ich własne. I silnych bodźców emocjonalnych, z reguły negatywnych. Tymczasem używany język ma na nasze poglądy kolosalny wpływ, co po raz pierwszy mogłem badać, dzięki grantowi FOCUS przyznanemu w 2009 r. przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej (subsydium mające umożliwiać młodym uczonym podjęcie nowych, obiecujących i istotnych kierunków badań, a także zapewnić pomoc na pierwszym etapie budowania własnego zespołu naukowego – dopisek red.). Na warsztat wzięliśmy język, jakim mówi się w Polsce o przerywaniu ciąży. Gdy weźmiemy akty prawne czy artykuły z początku lat 90., to mówiło się w nich prawie wyłącznie o płodzie ludzkim, a ćwierć wieku później normą jest używanie wyrażeń: „dziecko nienarodzone” albo „życie nienarodzone”. Chcieliśmy sprawdzić, na ile język, jaki słyszymy wokół, wpływa na myślenie o warunkach dopuszczalności przerywania ciąży.

Ta zmiana retoryki nie może być bez znaczenia.

I nie jest, a okazała się szczególnie ważna dla osób, które nie miały wyraźnego stanowiska w tej kwestii, miały za to wątpliwości. Nie uważały przerwania ciąży za morderstwo, ale też nie bagatelizowały jej znaczenia słowem „zabieg”. Okazuje się, że wystarczy wielokrotnie użyć słowa „dziecko”, by takie osoby stały się bardziej skłonne porzucić wątpliwości na rzecz restrykcyjnego prawa antyaborcyjnego. Czy ostatecznie zmienią poglądy, zależy od innych czynników, kształtujących ludzki światopogląd, ale język ma w tym procesie niebagatelne znaczenie.

Zrobiliśmy wiele badań na ten temat, wyniki opublikowaliśmy w czasopismach naukowych. O ich wynikach wspomniałem też jednemu z biskupów oraz działaczom organizacji pro choice. Każdy był nimi zainteresowany, bo one uświadamiają im siłę stosowanych po obu stronach instrumentów oddziaływania. Mam nadzieję, że im więcej się o tym mówi, tym bardziej odbiorcy stają się odporni na manipulacje językiem.

Gdy słucha Pan mowy nienawiści, pojawiającej się np. w wypowiedziach niektórych polityków, jest Pan wyłącznie badaczem? A może irytuje się Pan na ludzi, którzy, prawdopodobnie nieświadomie, kolejny raz budzą demony?

W tej pracy nie sposób uniknąć emocji, więc zdarzają się sytuacje, kiedy naukowcy interweniują, np. pisząc list otwarty do prezydenta i pani premier „Dość dzielenia i wykluczania, dość dzielenia Polaków”, jaki ogłosiliśmy w grudniu 2015 r. Co znamienne, list protestujący przeciwko używaniu poniżających etykiet w rodzaju: „resortowe dzieci” czy „Polacy gorszego sortu” podpisali psycholodzy społeczni od tych zatrudnianych na katolickich uczelniach po uczonych, którzy nie kryją poglądów liberalno-lewicowych. Każdy z nich, przypuszczam, zdaje sobie sprawę, że nienawistny język przekształca podział społeczny obecny w Polsce w coś, co nazywamy esencjalizmem. Oznacza to, że Polacy obecni po przeciwnych stronach sporu politycznego stają się dwoma odrębnymi gatunkami – doszukujemy się w sobie cech niemal genetycznych, które miałyby uzasadnić podział, np. na „łże-elity” i „mohery”.

Esencjalizmem zajmowaliśmy się też w ramach grantu FNP, badając przyczyny, dla których osoby o prawicowych poglądach tak często używają rzeczowników zamiast przymiotników, mówiąc np. homoseksualista a nie osoba homoseksualna albo niepełnosprawny zamiast osoba z niepełnosprawnością. Uzyskane wyniki potwierdziły nam tę tezę. Jest to związane ze specyficznym funkcjonowaniem poznawczym – chęcią przypisywania ludzi do określonej kategorii, co pozwala czynić świat bardziej uporządkowanym.

Który osoby prawicowe lubią bardziej?

Zdecydowanie tak, choć w samym zjawisku nie ma jeszcze nic złego. To jest wyłącznie warta poznania tendencja w myśleniu. Co jednak można zrobić z taką wiedzą przekonałem się, gdy razem ze współpracowniczką, dr Aleksandrą Cichocką z Uniwersytetu Kent, opublikowaliśmy artykuł na ten temat w czołowym brytyjskim czasopiśmie naukowym. Teza o „prawicowcach”, którzy bardziej wolą rzeczowniki, bo są „poznawczo ograniczeni”, stała się hitem prasy bulwarowej. Jedna z gazet umieściła nawet na stronie internetowej test na „wykrycie prawicowości” z pytaniami w rodzaju: „wolisz powiedzieć: »duński malarz« czy »malarz-Duńczyk«?”. Patrzyliśmy ze zdumieniem, jak z wyniku naszych badań, który preferencją lingwistyczną wyjaśniał mały procent wariacji poglądów politycznych, stworzono maszynkę do oceniania światopoglądu.

W polskiej prasie też nie jest lepiej. Niedawno przeczytałem na poważnym portalu internetowym tekst na temat osłabiającego empatię działania paracetamolu. Wydało mi się to tak absurdalne, że zacząłem dociekać o co chodzi. Wszystko było inaczej: w badaniach naukowych, przeprowadzonych przez psycholożkę z Ohio State University, zastanawiano się, jak działa empatia i próbowano wyjaśnić eksperymentalnie, dlaczego nie pomagamy innym ludziom. W neuronaukach znany jest mechanizm, że za pojawienie się uczucia empatii, np. wobec cierpiącego człowieka, odpowiadają te same rejony mózgu, które uaktywniają się, gdy odczuwamy ból. Zatem podając badanym środek przeciwbólowy, naukowcy faktycznie ograniczyli ich zdolność empatii. Akurat w tym badaniu podano paracetamol, ale identyczny efekt pojawiłby się, gdyby podano jakikolwiek inny środek ograniczający próg wrażliwości na ból. Prasa popularna potrzebuje jednak jasnych komunikatów, typu „uważajcie na paracetamol!”. A zadowoleni czytelnicy przerzucą się na aspirynę w przekonaniu, że staną się bardziej wrażliwi.

I doszedł Pan do wniosku, że niektórym dziennikarzom w tym kraju brakuje nie tylko empatii…

Najpierw pomyślałem, że w niektórych mediach działy polityczne są o wiele lepiej redagowane niż naukowe, gdzie, wydaje się, można opublikować wszystko. Równocześnie samo badanie mnie zachwyciło, bo choć proste, dotyczyło spraw fundamentalnych, dotykających natury człowieka i relacji międzyludzkich. Pomyślałem sobie: „Jaka szkoda, że sam na to nie wpadłem!”. Jest w tym zazdrość, ale ona nauce nie szkodzi – raczej powoduje, że wciąż wydaje mi się ona czymś niezwykłym. Poczułem też dumę, bo w artykule przywołano nazwisko mojej koleżanki z Wydziału Psychologii UW – dr Agnieszki Pluty, która badała neurofizjologiczne źródła empatii.

Dlaczego został Pan psychologiem społecznym?

Jako student socjologii UW i członek zespołu prof. Ireneusza Krzemińskiego, który prowadził badania nad antysemityzmem, doszedłem do wniosku, że metody, jakimi socjologia bada to zjawisko są niewystarczające. W socjologii od czasów Emila Durkheima bada się fakty społeczne, czyli abstrakcyjne pojęcia w rodzaju społeczeństwa albo narodu, tak jakby one istniały realnie. Te pojęcia pozwalają opisać zjawiska, ale ich wyjaśnienie czy zrozumienie w tak dużej skali jest w moim przekonaniu problematyczne. W psychologii kluczem do zrozumienia świata wciąż pozostaje pojedynczy człowiek – jednostka, która działa. Jej doświadczenie wydaje mi się bardziej uchwytne, bo mogę przeprowadzić skrupulatny wywiad, eksperyment, badanie mózgu.

Byłem już po obronie pracy magisterskiej na socjologii i szykowałem się do napisania kolejnej z psychologii, kiedy mój promotor, prof. Mirosław Kofta, uświadomił mi, że nie muszę być magistrem w tej dziedzinie, by rozpocząć studia doktoranckie na psychologii. Ta dziedzina zafrapowała mnie do tego stopnia, że kolejne tytuły zdobywałem już wyłącznie w psychologii. Jej metodzie naukowej pozostałem wierny, choć staram się, by w badaniach przeze mnie prowadzonych uczestniczyli socjolodzy, medioznawcy, politolodzy.

Jaki jest sens uprawiania takiej nauki, jak psychologia społeczna? Poznanie tego, jaki świat siedzi nam w głowie, bo inaczej nie uda nam się zmienić świata, w którym żyjemy?

Nadrzędnym celem jest zrozumienie człowieka – jego poglądów, wypowiedzi, zachowań, często przecież nieracjonalnych. Gdyby było inaczej, do jego opisu wystarczyłaby ekonomia.

Parę lat temu podczas obiadu w stołówce uniwersytetu w Hamburgu, szukając w menu dań wegetariańskich, razem z przyjacielem, także psychologiem społecznym, zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego niektóre zwierzęta kochamy, inne – zjadamy? Jaki mechanizm psychologiczny za tym stoi? Pytanie doprowadziło nas do przeprowadzenia pierwszego w historii psychologii społecznej badania, w którym udowodniliśmy naukowo, że wegetarianie dużo łatwiej niż osoby jedzące mięso dostrzegają u zwierząt nie tylko osobowość czy inteligencję, ale także emocje wtórne, np. nostalgię, tęsknotę, miłość. U wszystkich zwierząt – zarówno u tych, które są niemal członkami rodzin, jak hodowanych na mięso. „Mięsożercy” potrafią dostrzec emocje wtórne, np. u psa, ale u świni już nie, mimo że oba gatunki w rozwoju centralnego układu nerwowego są do siebie zbliżone i bliskie człowiekowi. To podstawowe i nie do końca uświadomione przekonanie, że świnia czy krowa są psychologicznie odległe od człowieka, pozwala pogodzić się z brutalnością przemysłowej hodowli. Gdybyśmy dostrzegali cierpienie i uczucia wszystkich zwierząt, znacznie trudnej byłoby jeść kotlety ze świadomością losu tych istot.

Trzeba zauważyć, że pomysł badawczy wziął się znikąd.

A zapoczątkował osobny nurt badań w psychologii społecznej, dotyczący relacji człowieka ze zwierzętami, w tym uwarunkowań jedzenia mięsa. Pierwszy artykuł na ten temat opublikowaliśmy w 2010 r., dość szybko pojawiły się kolejne zespoły naukowców, np. w Australii i Wielkiej Brytanii, którzy zainspirowani naszą pracą i cytując nasze ustalenia, rozpoczęli własne prace. I jest to przykład na to, że nauka musi być uprawiana globalnie, publikowana w anglojęzycznych czasopismach. Nauki społeczne uprawiane w sposób regionalny, na potrzeby rynku czy lokalnych instytucji, wsłuchane wyłącznie w zapotrzebowania lokalnej społeczności, nigdy nie będą się liczyć na świecie. Mówię o tym dlatego, że bronię myślenia o nauce jako o badaniach podstawowych, choć zdaję sobie sprawę jak to jest dzisiaj niemodne, kiedy wielokrotnie słyszymy, że nauka ma być po coś. Nawet gdyby ktoś zadekretował, że „nauka ma czynić dobro”, więc zadaniem psychologii społecznej jest np. opracowanie zasad, które pozwolą stworzyć społeczeństwo otwarte i tolerancyjne, nie zyskałoby to mojego poparcia. To byłaby inżynieria społeczna, a nie nauka, której rdzeniem jest wykonywanie rzetelnych badań.

Brzmi bardzo solennie i jakby… łatwo.

Ale takie nie jest. Jako redaktor brytyjskiego czasopisma naukowego, otrzymałem do recenzji tekst na temat badań sprawdzających motywacje wolontariuszy. Przeprowadzono je porządnie i wyciągnięto konkluzję, że im silniejsza identyfikacja narodowa, tym większa skłonność do podejmowania dobrowolnych nieodpłatnych działań na rzecz społeczności. Idąc dalej tym tokiem rozumowania: jeżeli chcemy rozbudować wolontariat, musimy wzmocnić tożsamość narodową. Wszystko pięknie, ale badania przeprowadzono w Chinach, przy okazji olimpiady w Pekinie w 2008 r. Czy zadaniem naukowców jest podpowiadanie władzom państwa, które łamie prawa obywateli, jak może skuteczniej nimi manipulować i korzystać z ich darmowej pracy?

Z innym rodzajem granicznej sytuacji zetknęła się psycholożka poznawcza z Turcji, która spędziła ponad miesiąc w więzieniu za podpisanie listu otwartego, apelującego do rządu o powstrzymanie ataków militarnych na pozycje kurdyjskie. Sytuacja, w której uczony, o czymkolwiek by nie pisał, jest przesłuchiwany czy aresztowany, to coś bardzo niebezpiecznego. Nie zdajemy sobie sprawy, jak skuteczny jest tego rodzaju straszak, bo zatrzymają jednego naukowca, ale wielu pomyśli: „może lepiej się tym nie zajmować? Przecież chcę być badaczem, nie bojownikiem”. Mimo obaw, psycholodzy angażują się politycznie – by nie dopuścić do władzy tych sił, które mogą utrudnić prowadzenie badań naukowych.

Niemal vis-à-vis okien Pana gabinetu w Centrum Badań nad Uprzedzeniami jest Umschlagplatz dawna rampa kolejowa, z której wywieziono mieszkańców Warszawskiego Getta do Treblinki. To ma dla Pana znaczenie, że siedziba instytucji, której Pan szefuje, ma siedzibę właśnie tutaj?

Miałem pewien problem z tym miejscem… Mój dziadek pochodził z warszawskiej rodziny żydowskiej i jego rodzina też przeszła przez Umschlagplatz. Zginęli jego rodzice i brat, ocalał on z siostrą. Budynek, gdzie w czasie wojny SS miało kwaterę, a w podziemiach było więzienie, widoczny jest na wszystkich zdjęciach Umschlagplatzu – to przed nim stoją ludzie, którzy za chwilę znajdą się w transporcie do Treblinki. Ale to przypadek, że Centrum jest właśnie tutaj. Po prostu: w latach 60. przekazano go Uniwersytetowi Warszawskiemu, który zainstalował tutaj Wydział Psychologii.

Znałem historię budynku przy ulicy Stawki, bo jako licealista sporo czytałem o historii Żydów w Polsce i skrupulatnie poznałem historię Muranowa – północnej części Warszawy, gdzie przed wojną była dzielnica żydowska. Mieszkałem wtedy z rodzicami na osiedlu Za Żelazną Bramą przy Krochmalnej, które zbudowano na ruinach Getta. Chodziłem po mojej ulicy z tekstem opowiadania „Urząd mojego ojca” dawnego jej mieszkańca, Isaaca Bashevisa Singera, znajdując ślady żydowskiej przeszłości tego miejsca. Był początek lat 90. i nikt jeszcze nie dbał o choćby opisanie zachowanego fragmentu bruku czy kawałka ściany z budynku, który był granicą Getta.

Wiedziałem więc dużo, nim pojawiłem się w tych murach jako student, a i tak miejsce wydawało mi się przerażające. Ale… przyzwyczaiłem się – zgodnie z teorią dysonansu poznawczego, która mówi, że ludzie najpierw podejmują aktywność, później dopiero szukają dla niej uzasadnień, zmieniając swoje pierwotne przekonania.

A jakie ono jest w Pana przypadku?

Prowadzimy studia nad uprzedzeniami w sąsiedztwie Umschlagplatzu, bo tu wyznaczono nam miejsce do pracy. Przypadek sprawił, że patrząc za okno, codziennie przypominam sobie, jak dramatyczne mogą być konsekwencje stereotypów, uprzedzeń czy dehumanizacji.

Dr hab. MICHAŁ BILEWICZ (ur. 1980 w Warszawie) jest pracownikiem Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego i kierownikiem Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW. Laureat programów FNP: START (2007,2008) i FOCUS (2009)

Przeczytaj także: Dna, kości i uczeni – z dr MARTYNĄ MOLAK-TOMSIĄ, badaczką antycznego DNA, rozmawia Patrycja Dołowy

Przeczytaj także: Chińczyk w Warszawie – z dr PAWŁEM RUTKOWSKIM, językoznawcą i współtwórcą korpusu polskiego języka migowego (PJM), rozmawia Anna Mateja

Przeczytaj także: Zwykła chęć poznania – z dr hab. Eweliną Knapską, biologiem badającym mózgowe podłoże emocji, rozmawia Patrycja Dołowy

 

Cofnij