Rozmowy na 25-lecie Fundacji: z drem Markiem Dziubińskim, autorem technologii urządzenia do zdalnego monitorowania rytmu serca, rozmawia Olaf Szewczyk

Dodano: :: Kategorie: Aktualności, 25 lat FNP
-A A+

25 rozmów na 25-lecie Fundacji. Fundacja na rzecz Nauki Polskiej obchodzi w tym roku 25-lecie swojej działalności. Z tej okazji zaprosiliśmy 25 laureatów naszych programów do rozmowy o tym, jak się „robi” naukę. Co ich fascynuje?  Co jest tak ciekawe i ważne w tym, czym się zajmują, że zdecydowali się poświęcić temu większą część życia? Jak osiąga się sukces?

Bohaterki i bohaterowie wywiadów to badacze, którzy reprezentują wiele odległych od siebie dziedzin, są na różnych etapach kariery naukowej i mają różnorodne doświadczenia. Łączy ich jedno – uprawiają naukę na światowym poziomie, mają na koncie imponujące osiągnięcia, a w swoim bogatym CV – różnego typu wsparcie od FNP. Kolejne wywiady będą ukazywać się cyklicznie na stronie FNP.

Zapraszamy do lektury!

Chcemy być największym graczem

Z dr. Markiem Dziubińskim, autorem technologii urządzenia do zdalnego monitorowania rytmu serca, rozmawia Olaf Szewczyk.

Olaf Szewczyk: Jest Pan założycielem i szefem polskiej firmy MEDICALgorithmics, która odniosła spektakularny sukces na amerykańskim rynku usług medycznych. Oferowane przez  MEDICALgorithmics urządzenie PocketECG  – w wolnym tłumaczeniu, kieszonkowy elektrokardiograf – to najbardziej zaawansowany technologicznie przyrząd medyczny służący do monitorowania pracy serca. Czy mógłby Pan przybliżyć ideę tego rozwiązania?

Marek Dziubiński: Kieszonkowy elektrokardiograf to nazwa nieco myląca. PocketECG jest urządzeniem do zdalnej diagnostyki kardiologicznej, służy monitorowaniu zaburzeń pracy serca. Działa podobnie jak holter EKG, w oparciu o gromadzenie sygnału EKG, ale przez bardzo długi czas – jeśli zachodzi taka potrzeba, nawet przez trzy, cztery tygodnie. W tym czasie urządzenie rejestruje i przekazuje olbrzymie ilości danych – w przeciwieństwie do holtera, jako jedyne obecnie urządzenie na świecie transmituje cały sygnał. Dane są na bieżąco przetwarzane i syntezowane w statystyki, które lekarz może wykorzystać, by podjąć właściwą decyzję, jak leczyć pacjenta. Oferujemy zatem nie tylko samo urządzenie, ale cały rozbudowany system software’owy.

Badania przy użyciu naszego urządzenia trwają czasem bardzo długo, bo arytmie mogą występować niezbyt często, co tydzień, dwa tygodnie. Ważne jest  to, jak pracuje serce podczas arytmii, jak i to, co dzieje się między arytmiami. Jeśli poczuje pan, że pańskie serce pracuje nierówno i pójdzie z tym do kardiologa, on zrobi EKG i powie, że w badaniu wszystko jest w normie, ale to wcale nie oznacza, że tak jest – a jedynie, że po arytmii serce pracuje już normalnie. Dlatego właśnie monitorowanie pracy serca przez długi czas jest krytycznie ważne. Niektóre arytmie występują rzadko, napadowo, potem częściej, w końcu serce funkcjonuje już tylko w arytmii. Zaburzenie to  trzeba wykryć jak najszybciej, gdy napady są rzadkie i krótkie, nie czekać, aż się rozwiną. Wielotygodniowa diagnostyka ma zatem sens, w USA jest refundowana. Tam też z powodzeniem działamy od lat.

Czy główna różnica między badaniem za pomocą PocketECG a klasycznym monitoringiem holterowkim to właśnie długi możliwy czas badania?

Dzięki PocketECG pacjent może być monitorowany długo, ale przede wszystkim – tak długo, jak trzeba. System działa do momentu zdiagnozowania pacjenta, co może mieć miejsce zarówno już drugiego dnia, jak i dopiero w czwartym tygodniu. Holter działa zwykle krótko, przez 24 godziny, choć są i systemy holterowskie działające znaczne dłużej. Problem polega jednak na tym, że holter dane nagrywa i pacjent musi je dostarczyć wraz z aparaturą lekarzowi, ten analizuje je zatem post factum. To nieefektywne. Może się okazać, że monitoring trwał za krótko lub za długo. Albo że holter nie zebrał danych, bo pacjent nie zauważył, że elektrody nie przylegały prawidłowo  od ciała. To marnotrawstwo pieniędzy. W przypadku monitoringu za pomocą PocketECG nieustannie zdalnie kontrolujemy, czy pacjent jest odpowiednio podłączony do urządzenia. Możemy go wesprzeć, dzwoniąc z instrukcją, jeśli wystąpią problemy techniczne.

Czy PocketECG służy do ratowania życia?

PocketECG nie został certyfikowany jako urządzenie ratujące życie, ale regularnie zdarza się, że wykrywamy coś ważnego i w wyniku tych ustaleń pacjentowi pilnie wszczepiany jest rozrusznik. Dostaliśmy niedawno list z gorącymi podziękowaniami wysłany przez jedną z amerykańskich klinik, która dzięki naszemu urządzeniu była w stanie uratować życie pacjenta, bo na czas wykryto bardzo groźną arytmię.

Jak częstą przyczyną zgonów są arytmie? Ilu osobom rocznie może  uratować życie monitoring przy użyciu PocketECG?

Trudno o dokładne liczby. Przypadków śmierci spowodowanych  bezpośrednio przez arytmię jest stosunkowo niewiele, ważniejsze jest przeciwdziałanie komplikacjom przez nie wywołanym. A jest to bardzo powszechne schorzenie.

To fenomen, że polska firma wchodzi na rynek amerykański i odnosi tak spektakularny sukces. Jak to możliwe? Nie było konkurencji?

Konkurencja była i bardzo dobrze – bo to oznaczało, że istnieje na tę usługę rynek, nie trzeba było go budować od zera. Co najważniejsze, konkurencja w Stanach wypracowała już wcześniej kody refundacyjne na tę usługę. Płatności były ustalone, zasady przejrzyste. Uzyskaliśmy certyfikację w  roku 2009  albo 2010. Na to że odnieśliśmy sukces, złożyło się kilka przyczyn.

Przede wszystkim oferowaliśmy lepszy produkt, o generację nowocześniejszy od tego, czym dysponowali amerykańscy rywale. Tworzyliśmy swoje urządzenie w Polsce, zakładając wyższy pułap oczekiwań ze strony rynku amerykańskiego. I tę przewagę do dziś udaje nam się utrzymać. Pomogło nam też szczęście. Trafiliśmy na dobry moment. Amerykańskie firmy nie sprzedawały urządzeń, tylko same świadczyły usługi medyczne, pobierając pieniądze z refundacji. Były zatem zarówno twórcą technologii, jak i dostawcą usług medycznych. Sporo firm, które od dawna oferowały urządzenia do monitoringu serca oparte na starszych technologiach, traciło wtedy rynek na rzecz bardziej zaawansowanej technologicznie konkurencji. Chętnych na nasz sprzęt zatem nie brakowało.

MEDICALgorithmics z czasem przejęła amerykańską firmę – partnera strategicznego, który wykorzystywał wasz sprzęt do świadczenia usług medycznych. Jak to się stało?

Początkowo współpracowaliśmy z różnymi firmami, jedna się wyróżniała. Związaliśmy się z nią umową aliansu strategicznemu, dzięki czemu nasz biznes urósł. W 2014 roku ta firma podzieliła się na dwie, jedną z nich przejęliśmy. Zreplikowaliśmy istniejący model biznesowy: firma technologiczna tworzy sprzęt i świadczy usługi w oparciu o  niego, żyjąc z refundacji.

Można powiedzieć, że Stany Zjednoczone są już podbite. Jaki procent rynku kontrolujecie?

Nasz sprzęt monitoruje  grupę między dziesięć a dwadzieścia procent spośród wszystkich pacjentów, co daje nam bodaj trzecią pozycję na rynku w USA. Ale to nie jest  pułap naszych oczekiwań, chcemy być największym graczem. Wychodzimy z perturbacji prawnych związanych z przejęciem jednej z dwóch firm, na które podzielił się nasz partner strategiczny w USA, mamy perspektywy na przejęcie tej drugiej. To dałoby nam pozycję lidera.

Wchodzicie też na rynki innych krajów?

Od kilku lat staramy się dywersyfikować biznes. Jesteśmy obecni w obu Amerykach, Australii, Azji i Europie, ale zdecydowanie najważniejszy jest dla nas rynek USA i na nim się koncentrujemy. Problem z wejściem do innych krajów bywa zwykle taki sam, jak w przypadku Polski – brak refundacji długookresowego monitoringu pracy serca, przez co nasz sprzęt może służyć zazwyczaj głównie jako holter.

Planujemy  rozszerzyć naszą ofertę na polu telemedycyny o domową rehabilitację kardiologiczną. Chcemy wypracować w USA kod refundacyjny na tę usługę. Dziś tylko około dwudziestu procent osób, które powinny być rehabilitowane kardiologicznie, z takiej usługi korzysta – głównie z powodu problemów z dojazdem.

Ostatnio w świecie nowych technologii najmodniejszymi hasłami są Internet of Things – Internet rzeczy oraz wearables – urządzenia do noszenia. Zaliczają się do nich na przykład opaski do pomiaru tętna. Czy planujecie ekspansję na ten obszar lub obawiacie się konkurencji ze strony obecnych na nim gigantów, jak Apple lub Samsung?

To nie jest zagrożenie dla nas. Nie boimy się konkurencji nawet ze strony Apple’a. Sama technologia to bowiem za mało, kluczowe jest świadczenie usług medycznych. My oferujemy wyspecjalizowaną usługę, dostarczane przez nas precyzyjne dane – zbierane przez zestaw czułych elektrod, a nie pojedynczy czujnik – analizuje kardiolog. To zupełnie inny obszar działalności. W związku z tym sami też nie planujemy konfrontacji na obcym dla nas terenie.

Stworzył Pan firmę świadczącą usługi medyczne, nie mając doświadczenia jako lekarz. Jaką drogą doszedł Pan do tego miejsca? I co właściwie przesądziło, że odniósł Pan sukces?

W szkole podstawowej byłem raczej niesfornym dzieckiem. Nie jakimś łobuzem, ale wolałem czasem pójść na wagary, by poczytać książkę, która mnie interesuje, niż nudzić się na nieciekawie prowadzonej lekcji. Sądzę, że to dość powszechny wzorzec wśród przedsiębiorców – spora niezależność w dzieciństwie, upór, niechęć do dostosowania się do systemu, chodzenie własnymi ścieżkami, jakaś pasja. W szkole zatem nie byłem szczególnym prymusem, ale miałem swoje zainteresowania. Na studiach zafascynowała mnie muzyka elektroniczna, a jako że miałem wykształcenie muzyczne, a przy tym smykałkę do matematyki, postanowiłem stworzyć jakąś technologię z tym związaną. Po magisterce zgłosiłem się do pewnej firmy w Niemczech, która robiła fajne rzeczy związane z technologią dźwięku. Byłem znikąd, ale z przekonaniem argumentowałem, że bardzo mnie to ciekawi – i mnie przyjęli.

Równolegle robiłem doktorat. Stąd moja wiedza o przetwarzaniu sygnałów. Z czasem zaciekawiła mnie bardzo matematyczna strona tego zagadnienia i przestało już mieć znaczenie, czy jest to sygnał muzyczny, czy może jakiś inny. A jako że miałem zmysł przedsiębiorczości, a przy tym skłonność do podążania własną ścieżką, w końcu założyłem własną firmę. Nie miałem wielkich ambicji biznesowych. Początkowo chciałem po prostu zajmować się tym, co mnie interesuje, czyli przetwarzaniem sygnałów, i jakoś się utrzymywać w Polsce z tych swoich fajnych pomysłów – nie chciałem bowiem wyjeżdżać z kraju. Akurat w tym czasie pękła bańka internetowa, a przy tym kwitło piractwo – rynek oprogramowania dopiero z czasem miał się ustabilizować – co zakończyło działalność niemieckiej firmy, w której pracowałem. Pomyślałem, że branża medyczna jest odporna na piractwo i ma duży potencjał biznesowy. I tak to się zaczęło.

Nieco anarchistyczny stosunek do systemu, pasja, zmysł przedsiębiorczości, podążanie własną ścieżką. Jakie jeszcze inne wspólne mianowniki widzi Pan u osób, które osiągają sukces w start-upach? I co by Pan mógł doradzić osobom, które pragną osiągnąć coś więcej?

Na pewno ważna jest wytrwałość w dążeniu do celu, umiejętność nietracenia go z oczu. W moim przypadku szczególną rolę pełni naddociekliwość. Rada? Wspominałem, jak sam zgłosiłem się o firmy, w której chciałem pracować, przekonując o swojej pasji. To dziś jest rzadkie, a bardzo ważne. Myślę, że w ten właśnie sposób można zdobyć ciekawą pracę, zgromadzić wiedzę i doświadczenie, które później pozwolą osiągnąć coś więcej.

Czy w historii firmy MEDICALgorithmics był jakiś moment przełomowy? Czy sukces ten byłby na przykład w ogóle możliwy gdyby nie grant w wysokości 450 tys. zł, jaki uzyskał Pan w 2006 r. w programie FNP Innowator?

To było krytycznie ważne zdarzenie. W tym czasie zmagaliśmy się z brakiem pieniędzy, przez wiele miesięcy nie mieliśmy pewności, czy będziemy mieli z czego wypłacić pensje pracownikom. Ten grant pomógł nam dotrwać do etapu, na którym mogliśmy się już utrzymywać sami. Być może bez tego byśmy nie przetrwali.

Czy korzystaliście jako start-up także z innych form pomocy finansowej?

Tak, niejednokrotnie. Naszym pierwszym inwestorem był fundusz polonusów z Nowego Jorku, potem przeszło przez naszą firmę sporo pieniędzy z funduszy unijnych, no i otrzymaliśmy wsparcie z Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Jak mógłby Pan ocenić system pomocy start-upom w Polsce? Co należy zmienić?

To złożony problem. Najcenniejszy jest nie sam pomysł, proponowana technologia, a umiejętność komercjalizacji, wiedza, jak to przekuć w duży biznes. Know-how i dostęp do rynku – to są kluczowe warunki sukcesu. O pieniądze, wbrew pozorom, jest najłatwiej.

Młodzi przedsiębiorcy w Polsce z reguły chyba nie mają pojęcia, jak prowadzić biznes?

Niestety, wiedza na ten temat jest znikoma. A o tym, jak jest ważna, świadczy choćby fenomen Doliny Krzemowej. Tamtejsze inkubatory, inwestujące w start-upy, wiedzą, jak je zamieniać w duże biznesy. To jest wiedza kumulowana od dekad. W Polsce jesteśmy dopiero na początku tej drogi. Pierwsza fala start-upów była finansowana z pieniędzy unijnych, niektóre firmy przetrwały. Weterani mają już jakieś doświadczenie zdobyte   na popełnionych błędach – będą mogli dzięki temu pomagać swoim następcom.

MEDICALgorithmics została wyróżniona przez magazyn „Bloomberg Businessweek Polska” nagrodą „Luminatus – innowacje przyszłością polskiej gospodarki”. Wasza firma jaśnieje jednak głównie na rynku amerykańskim. A w Polsce?

Przede wszystkim cała myśl techniczna pochodzi z Polski, tu pisane jest oprogramowanie. W Gdańsku produkujemy PocketECG. Bieżący monitoring i analiza sygnału EKG przesyłanego w czasie rzeczywistym z PocketECG prowadzona jest przez zespół techników EKG u klientów, ale również w centrum outsourcingu telemedycznego w Warszawie. Mamy tu też rynek zbytu, choć nieporównywalnie mniejszy niż w USA.

Ilu pracowników ma MEDICALgorithmics?

Po przejęciu firmy amerykańskiej – niecałe czterysta, z czego większość w USA. A zaczynaliśmy w 2005 roku od dwóch osób.

Jak fundacje, dziś pomagające obiecującym naukowcom i innowatorom technologicznym za pomocą grantów, mogłyby jeszcze skuteczniej wesprzeć ich na drodze do sukcesu?

Wydaje mi się, że bardzo pomocne byłoby także tworzenie programów zachęcających do współpracy młodych ludzi z, różnych przecież, światów biznesu i nauki. Ponadto, gdyby na studiach, zamiast lub obok obowiązkowych zajęć z ekonomii, organizowano na przykład warsztaty symulujące przekształcenie pomysłu w biznes – jakiegoś start-upu współtworzonego przez młodych naukowców i ich kolegów ze studiów ekonomicznych – byłoby to bardziej praktyczne, ciekawe, inspirujące. Cenne byłoby także przekazywanie wiedzy dotyczącej ochrony intelektualnej autorskich osiągnięć – kiedy publikować, kiedy patentować, jakie są zależności między jednym a drugim, i tak dalej. Sądzę też, że uczelnie nie powinny przejmować praw do patentów swoich studentów i pracowników, to się po prostu nie sprawdza.  Szkoły wyższe powinny zachęcać naukowców, by sami patentowali swoje osiągnięcia i pomagać im w tym. To się przekłada na poziom innowacji, produktywność, zwiększa motywację, szansę na powstawanie ciekawych biznesów, nadaje cel pracy. Niestety, na polskich uczelniach dominuje myślenie : no zaraz, korzystają z naszej infrastruktury, więc to nam należy się prawo do patentu. To jednak tak, jakby ZUS-owi pozwolić na prowadzenie działalności gospodarczej – po prostu nie ma to sensu. Uczelnia nie jest w stanie, nie potrafi i nie powinna tego robić.

Organizacje wspierające budowanie pomostów między nauką a biznesem  mogłyby zastanowić się, jak zainicjować zmiany prowadzące w tym kierunku. Byłoby to z korzyścią dla gospodarki, dla  młodych naukowców-przedsiębiorców i dla samych uczelni.
DR MAREK DZIUBIŃSKI, założyciel i prezes spółki MEDICALgorithmics, laureat programu Fundacji INNOWATOR (2006).

Przeczytaj także:

Pomysł dobrze zrealizowany – z dr hab. Wojciechem Fendlerem, lekarzem i naukowcem, rozmawia Anna Mateja

Zbudowali most pomiędzy Polską a Stanami Zjednoczonymi – z dr. Alexandrem Wlodawerem i prof. Mariuszem Jaskólskim, których wspólne badania przyczyniły się do opracowania nowych terapii leczenia chorób takich jak AIDS czy białaczka u dzieci rozmawia Aleksandra Stanisławska

 

Cofnij