Przejdź do:

"Coś w rodzaju wprowadzenia" prof. Janusza Sławińskiego

Zamysł organizatorów tego spotkania i rozumienie przez nich jego przewodniego tematu i problematyki zostały zwięźle przedstawione w liście zapraszającym do udziału w konferencji, toteż nie widzę potrzeby, aby teraz, na wstępie obrad, czynić to po raz wtóry.
Zamiast tego pozwolę sobie zająć uwagę Państwa niewielkim pomyśleniem, które przeszło mi przez głowę w związku z całkiem praktycznym przedsięwzięciem, jakim było przed laty uruchomienie w Fundacji programu krajowych stypendiów dla młodych naukowców. Tym pomyśleniem zdołałem podzielić się z jednym z początkowych roczników stypendystów i odniosłem wrażenie, że spotkało się ono z przychylnym zrozumieniem. Należało bowiem zastanowić się, co to za istota ów młody badacz, o losy którego chcieliśmy się zatroszczyć. Oczywiście niewiele przyniosą w tej materii, choć są praktycznie użyteczne, ustalenia czysto arbitralne: młody to ten, co nie ukończył jeszcze trzydziestu lat albo dwudziestu pięciu (powie kto inny), czy dwudziestu siedmiu... Z pewnością w taki sposób trudno zbliżyć się do sedna sprawy, które polega na tym, że młody badacz to przede wszystkim pewna rola w społecznym świecie nauki, oczekująca na aktorów, którzy potrafią z powodzeniem wziąć ją na siebie. Rola pośród innych ról: nauczyciela, specjalisty, gabinetowego uczonego, energicznego menedżera, dostojnego sklerotyka, zgorzkniałego adiunkta, światowca, profesora telewizyjnego - któż by zresztą umiał sporządzić ich wyczerpującą listę! A już doprawdy trzeba by pióra Witolda Gombrowicza, żeby wiarygodnie i wielostronnie opisać rolę młodego badacza, nieodzownie w tym zestawie potrzebną. Powiem więc tyle tylko, że owa młodość, która pozostaje tu cechą wyróżniającą, jest zawsze wplątana w podwójne przeciwstawienie, określające jej sens.
Z jednej strony sytuuje się ją w opozycji do starości: jest wtedy rozumiana jako koncentrat antystarości. Starość ma nieuchronnie zakładać uwięzienie w czasie minionym, konserwatyzm poglądów, uparte przywiązanie do przebrzmiałych koncepcji, sztywną rutynę postępowania, zgrzybiałość myśli, niezdolność do stawiania czoła temu, co nowe; natomiast młodość to teraźniejszość wychylona ku przyszłości, prężność myśli i działania, brak uprzedzeń, wola przekraczania wzorów tradycji, otwartość i elastyczność myślenia, wrażliwość na nowe podniety. Trudno się dziwić, że z takiej konfrontacji wychodzi ona zwycięsko - i zbiera oklaski. Staje się obiektem swoistej mitologizacji jako nadzieja, siła i drogowskaz; poświęca się jej nieprzeliczone frazesy pochwalne, otaczana bywa adoracją i pochlebstwem. Można by sądzić, że młody badacz to najważniejsza figura życia naukowego - przez wszystkich podziwiana, hołubiona i popierana.
Obraz się całkiem odmienia, gdy uprzytamniamy sobie drugie przeciwstawienie. Młodość bowiem nie sprowadza się tylko do antystarości, ale równocześnie pozostaje w opozycji do dojrzałości. Czyli, mówiąc po prostu: jest tożsama z niedojrzałością. Ta zaś, oczywiście, nie może już być przedmiotem żadnego podziwu. Nikt nikogo nie pochwali za zachowania niedojrzałe; raczej go zgani lub pouczy - zawsze z paternalistyczną wyższością. Za niedojrzałego uważany jest ten, kto nie potrafi jeszcze sprostać standardom osiągnięć przyjętym w danej dziedzinie: nie opanował potrzebnych chwytów, nie włada biegle językiem, którym się w niej mówi, nie umie zręcznie i sprytnie poruszać się pośród realiów wybranej specjalności, stawia dziecinne pytania, wpada na niewczesne pomysły, nie zna należycie środowiskowych reguł gry, układów i konwenansów. Trudno więc ludziom dojrzałym poważnie się z nim liczyć.
Otóż taka właśnie dwuznaczność charakteryzuje dziś wizerunek młodego badacza. To, że reprezentuje antystarość powoduje jego wywyższenie, z kolei przypisywana niedojrzałość pozwala traktować go lekceważąco, a przynajmniej z pobłażliwą nieuwagą.
Sądzę jednak, że podobnie, jak nieporozumieniem jest fetyszyzowanie antystarości, tak na uważniejsze i przychylniejsze spojrzenie zasługuje niedojrzałość. A także na dobre słowo. Tkwią w niej bowiem bardzo istotne przesłanki twórczości naukowej.
Jeśli za niedojrzałą uzna się ciekawość poznawczą, która nie została jeszcze unieruchomiona przez sztywne ramy dyscyplin, specjalności czy szkół i pozwala sobie na beztroskie przekraczanie tych ram; jeśli o niedojrzałości świadczyć by miała spontaniczna gotowość wchodzenia na ścieżki badań dotąd nieprzetarte zamiast na szlaki sprawdzone i bezpieczne; jeśli niedojrzałość polegałaby na niezadowalającej adaptacji do stereotypów słuszności, które dominują nad daną dziedziną dociekań; i jeśli wreszcie byłaby ona niewygasłą jeszcze zdolnością zadawania niestosownie naiwnych pytań i zgłaszania zaskakujących wątpliwości co do spraw uznawanych za ostatecznie rozstrzygnięte - to trudno nie opowiedzieć się po stronie takiej niedojrzałości, jakkolwiek może być nieraz wysoce irytująca. Należałoby ją wspomagać i promować, aby możliwie najdłużej towarzyszyła aktywności młodego badacza.
Tego rodzaju apologii niedojrzałości powinna towarzyszyć apologia starości, a więc pewnej przejrzałości w nauce. Symetria byłaby tu wskazana przynajmniej ze względów estetycznych. Jestem niezmiernie ciekaw, na jakich motywach dałoby się taką apologię oprzeć. Łatwo jest bowiem pozytywne uczucia inwestować w młodość: dostrzegając jej wdzięk, usprawiedliwiać ją, gdy błądzi, obdarowywać zaufaniem na kredyt; na podobną życzliwość nie może liczyć starość: nie jest pociągająca, nic jej nie usprawiedliwia, a na zaufanie musi solidnie zapracować. Trudno dziś znaleźć jej obrońców i orędowników, choć nie zawsze tak bywało. Mam nadzieję, że z naszych dyskusji wyłonią się argumenty, które dałoby się zastosować w jej pożądanej apologii.

                                                                                                            Janusz Sławiński