Jak odzyskać mowę po udarze? Opowiada nasz laureat Paweł Soluch z Neurodevice

Dodano: :: Kategorie: Aktualności
-A A+

Efekty rehabilitacji mowy – utraconej po udarze lub w wyniku urazu – poprawia urządzenie do stymulacji mózgu polskiej firmy Neurodevice. Jej założyciel – neuropsycholog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego – naukowo pracuje nad procedurami, które wspierają chirurgów w precyzyjnym usuwaniu guzów w obszarze głowy i ratowaniu życia chorych. Jak łączy tak różne działania z rozwijaniem biznesu i wychowywaniem dwóch synów? Cóż, jak sobie nawarzyłeś piwa… to musisz je polubić. Dlatego po godzinach Paweł Soluch doskonali się w… browarnictwie domowym.

Założona przez Pana firma skomercjalizowała niesamowite urządzenia do stymulacji umysłu. Jest pan inżynierem czy lekarzem?

Jestem neuropsychologiem, pracuję w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Ale skupiłem się bardziej na nauce aplikacyjnej, która ma później odzwierciedlenie w życiu. I w pewnym momencie zdecydowałem, że jeżeli chcę pomagać pacjentom i mieć wpływ na proces leczenia, to muszę to robić na poziomie wdrożeniowym. Myślę, że takiej wartości mojego zespołu nie zbudowałbym pracując tylko na uczelni. My określamy się mianem jaskini R&D (ang. Research and Development – Badania i Rozwój). Neurodevice zatrudnia trzydzieści osób, wiele z nich łączy badania naukowe z pracą w przemyśle. To doktoranci, doktorzy, absolwenci uczelni. Ja ich nazywam artystami – są to ludzie bardzo kreatywni. Wspólnie sprowadzamy myśli, idee z poziomu naukowego na poziom technologiczny i później wdrożeniowy.

Co zatem wymalowali artyści neuronauki?

Stymulatory ośrodkowego i obwodowego układu nerwowego. Jeden z nich stymuluje opuszkę węchową zapachami. Będziemy prowadzić badania na grupach osób zagrożonych chorobą Alzheimera. Z badań wynika, że zaburzenia powonienia mogą być pierwszym zwiastunem tej choroby. Tymczasem często jest to bagatelizowane. Dlatego stworzyliśmy symulator, który pozwala badać, jak przez lata zmienia się wrażliwość ludzi na zapachy. Nasza aparatura jest już zainstalowana w kilkunastu instytutach naukowych na świecie. Najbliżej nas można go znaleźć w Niemczech, gdzie specjalny instytut analizuje wpływ zapachów na zachowania ludzi w pracy. Niedawno ukazała się publikacja tamtejszej badaczki w czasopiśmie „Nature”. Jej przygotowanie było możliwe dzięki urządzeniu, jakie jej dostarczyliśmy.

Zanim powie Pan o kolejnych symulatorach, uściślijmy – to jest sprzęt dla naukowców?

Do ubiegłego roku komercjalizowaliśmy urządzenia dedykowane tylko naukowcom. Ale to się zmienia i właśnie udało się wprowadzić na rynek pierwszy wyrób medyczny: przezczaszkowy stymulator mózgu. Taka stymulacja służy leczeniu depresji, bólu, a niektóre kliniki próbują wzmacniać w ten sposób efekty terapii dzieci z autyzmem. W Polsce są ośrodki, które używają przedczaszkowej stymulacji w różnych terapiach. Nasze urządzenie konstruowaliśmy razem z naukowcami z Uniwersytetu Oksfordzkiego i College’u w Londynie, więc jego parametry spełniają najwyższe standardy jeśli chodzi o stymulację. Jest już wyrobem medycznym sprzedawanym na całym świecie do szpitali czy przychodni. To sukces, bo małej firmie (i to jeszcze z Polski) nie jest tak łatwo „przedrzeć się” do szpitali.

Nie czujemy zapachów, kiedy mamy katar, przyczyn jest wiele – od mechanicznych po zmiany neurologiczne – tu Alzheimer nie jest jedynym podejrzanym, zaburzenia węchu dotykają też epileptyków. Czy takie badania mają potencjał „profilaktyczno-przesiewowy”? Czyli mogą umożliwić wczesne wykrywanie chorób? Co oznacza dla chorego wcześniejsze wykrycie choroby Alzheimera?

Tak, zaburzenia powonienia mogą wiązać się z wieloma jednostkami chorobowymi. A procesy leżące u podstaw chorób degeneracyjnych są wciąż mało zrozumiałe. Właśnie dlatego bardzo ważne jest, by urządzenia laboratoryjne precyzyjnie badały to, co naukowiec chce zbadać, bez artefaktów czy fałszywych wyników. Wyszliśmy z tego założenia przy projektowaniu urządzenia Scent™. Wcześniej trudno było sprawdzić reakcję mózgu na bodźce zapachowe. Nasze urządzenie wyeliminowuje prawdopodobieństwo fałszywych pomiarów. W naszych badaniach możemy trafnie zaobserwować reakcje komórek nerwowych i prześledzić zmiany w tych reakcjach przy rozwijających się zaburzeniach poznawczych. Celem komercyjnym jest wdrożenie urządzenia, które będzie mogło stanąć w każdym gabinecie neurologa zajmującego się diagnostyką chorób degeneracyjnych. Przy wczesnym wykryciu choroby, neurolog będzie mógł odsunąć w czasie fazę, w której pacjent będzie już wymagał ciągłej opieki. Ale myślę, że dużo ważniejszy jest cel odkrywczy, bo może on pomóc w zrozumieniu, czym jest choroba Alzheimera, a wtedy otwiera się znacznie więcej możliwości projektowania terapii.

Most biegnący od laboratorium do kliniki musi pokonać urządzenie do stymulowania mowy, czyli leczenia afazji. Czy to się uda?

Musi się udać, bo olbrzymia liczba pacjentów potrzebuje takiej pomocy. Nasz Voic*, czyli urządzenie do rehabilitacji poudarowej zaburzeń mowy, wywodzi się z wprowadzonego już na rynek urządzenia do stymulacji przezczaszkowej. Robimy wszystko, co możemy, żeby jak najszybciej skończyć badania kliniczne i żeby to urządzenie było dopuszczone do leczenia.

Skąd bierze się afazja – czy grozi każdemu z nas, jak wcześniej wspomniana depresja czy choroby neurodegeneracyjne?

Afazja to zaburzenia mowy, które wynikają z uszkodzeń mózgu. Może do nich dojść podczas udaru, poprzez uraz albo wskutek operacji ratującej życie, kiedy usunięcie guza mózgu wymaga ingerencji w obszary odpowiedzialne za mowę. Ale najczęstszą przyczyną zaburzeń mowy jest udar mózgu. Jest dużo rodzajów afazji. W zależności od lokalizacji uszkodzenia mamy różne deficyty. Niektórzy pacjenci nie rozumieją, co się do nich mówi, czyli nie rozumieją sfery werbalnej. Inni natomiast wszystko rozumieją, ale niczego nie potrafią powiedzieć, a ich mowa przypomina bełkot. Niektórzy z kolei zarówno nie rozumieją, jak i nie potrafią mówić. W każdym przypadku poziom zaburzeń może być różny. Niektórzy mają trudności z poproszeniem o wodę, ale mogą mieć też problemy dopiero w złożonej dyskusji. Chcę podkreślić, że pacjenci z afazją nie mają problemów z myśleniem, nie obniża się ich inteligencja. Nie mogą się komunikować, co jest niezwykle frustrujące dla nich i ich otoczenia. Nie mogą wrócić do pracy, nie za bardzo mogą też być samodzielni.

Ile osób w Polsce cierpi z powodu zaburzeń mowy? Statystyki mówią, że co najmniej 60-70 tysięcy osób doznaje w Polsce udaru (ile z nich umiera?), a co trzeci udarowiec zmaga się z afazją. A przecież udar to nie jedyna przyczyna afazji. Wygląda też na to, że udary i afazja zaczynają dotykać osób coraz młodszych…

Nie mamy precyzyjnych statystyk dla Polski. Światowe statystyki pokazują, że mniej więcej 1/3 pacjentów cierpi z powodu afazji po udarze. W samej Europie rocznie przybywa około 300 tys. nowych pacjentów z afazją. To prawda – wiek osób, które przeżyły udar, wciąż się obniża. Statystyki mówią, że ¼ pacjentów jest poniżej 40-tego roku życia. Sarah, pacjentka, która jest twarzą tego projektu, dostała udaru w wieku 18 lat.

Kiedy mam ciężki atak migreny, często wiem, co chcę powiedzieć, ale kompletnie mi się to nie udaje. Procesy myślowe są niezakłócone, ale jakbym traciła możliwość przełożenia ich na mowę. Czy to także afazja?

Tak objawia się afazja. Nie wiem, czy u Pani jest to afazja, ale objawy opisane przez Panią na to wskazują. Na niskim poziomie zaburzeń mózg sam może się naprawiać, ale większość pacjentów potrzebuje do tego pomocy. Za rehabilitację mowy odpowiadają neurologopedzi i neuropsycholodzy. Problem w tym, że system opieki zdrowotnej nie jest przystosowany do tego, aby wspierać takich pacjentów przez kilkanaście miesięcy – a tyle właśnie powinna trwać rehabilitacja. Niestety, system przewiduje opiekę nad pacjentem tylko przez dwa, trzy miesiące. Problemem jest też mała i wciąż malejąca liczba specjalistów rehabilitantów.

Urządzenia do stymulacji mowy to zmienią? Jak one w ogóle wyglądają?

Tak, bo jeden rehabilitant w danym momencie będzie mógł obsługiwać na przykład pięć niezależnych od siebie stanowisk, czyli biurek, przy których będą siedzieli pacjenci. Oprócz tego, w przyszłości pacjent mógłby wypożyczać takie urządzenie i ćwiczyć w domu. Stymulacja obejmuje zestaw ćwiczeń prezentowanych na tablecie. Rehabilitowana osoba zakłada na głowę opaskę, która jest zsynchronizowana z bodźcami, które pokazujemy na ekranie monitora. W odpowiednich momentach następuje stymulacja tych okolic mózgu, które odpowiadają za mowę…

Stymulacja mózgu nie każdemu kojarzy się dobrze, pamiętamy „Lot nad kukułczym gniazdem”…

Ta stymulacja to w żadnym razie nie są elektrowstrząsy! Mechanizm jest tu zupełnie inny, inne są też poziomy natężenia prądu. Pacjent w zasadzie tego nie czuje. Badania pokazują, że dzięki takiej stymulacji przyśpieszamy efekty plastyczności mózgu. Czyli pacjent szybciej osiąga efekt, który mógłby osiągnąć, ćwicząc regularnie przez wiele miesięcy bez stymulacji. Niestety, z racji tego, że te ćwiczenia normalnie trwają tylko miesiąc czy dwa, efekty są słabe. Nasze urządzenie to zmieni, a system będzie pilnował ciągłości ćwiczeń, nawet w rehabilitacji na odległość.

Z tych słów emanuje pewność i świadomość realnego wpływu nauki na świat i ludzi. Czy tak mówi Paweł Soluch – przedsiębiorca, czy Paweł Soluch – naukowiec? Czy firma daje większe możliwości wpływania na poprawę sytuacji pacjentów niż uczelnia?

Nie można tego kategorycznie określić, bo działalność naukowa odbywa się na wielu poziomach. Żaden z tych światów nie jest mniej ważny. Firma pozwoliła na światowe wypromowanie efektów naszej pracy. Teraz to do nas przyjeżdżają na praktyki studenci i naukowcy ze Stanów Zjednoczonych i z Anglii. Pewnie udałoby się to również na uczelni, ale na pewno nie tak szybko. Jeżeli ktoś jest naukowcem z krwi i kości i chce się zajmować problemami teoretycznymi na poziomie badań podstawowych i dokonywaniem odkryć, to struktury firmy mu nie pomogą. Wówczas badacz powinien skupić się na pracy eksperymentalnej i to właśnie uczelnia jest wtedy jedynym właściwym miejscem pracy. Natomiast jeżeli ktoś, podobnie jak ja, ma aspiracje aplikacyjne – to z kolei tego typu rzeczy dzieją się już po drugiej stronie lustra. Czyli komercjalizacji dokonują albo spin-offy działające w ramach uczelni, albo firmy zewnętrzne tworzone przez pracowników uczelni. I to nie jest domena Polski tylko całego świata.

Ale przecież wtedy nie możecie publikować, bo trzeba chronić wyniki swojej pracy na potrzeby patentu, czy innych form ochrony własności intelektualnej, w tym know-how. Jak to połączyć z budowaniem tzw. kariery naukowej?

Ja to rozdzieliłem totalnie i w ogóle nie łączę pracy w klinice neurochirurgii z moją firmą. Dotąd nie było żadnych sytuacji, w których by się obie pozycje zazębiały. Dopiero od kilkunastu miesięcy wspólnie z prof. Przemysławem Kunertem z Kliniki Neurochirurgii WUM przygotowujemy się do neuroprotezowania. Chcemy przeprowadzić pionierski zabieg wszczepienia elektrod do mózgu pacjenta po uszkodzeniu rdzenia kręgowego. Na razie bierzemy udział w szkoleniach, które porządkują naszą wiedzę o tym, jak na świecie wszczepia się elektrody. Odwiedzili nas partnerzy ze Stanów Zjednoczonych. Zaprezentowaliśmy nasz projekt w Pałacu Prezydenckim, wkrótce będziemy składali dokumenty do Komisji Bioetycznej o zgodę na pierwszy wszczep. Mam nadzieję, że dokonamy go już w następnym roku. My mamy swoją część, uczelnia ma swoją. Profesor odpowiada za część medyczną, ja nadzoruję moich ludzi, którzy przygotowują się od strony inżynieryjnej. Łącznikiem są studenci Koła Naukowego Neurochirurgii WUM, którzy aktywnie nam pomagają w analizie publikacji, czyli trzymają rękę na pulsie i wiedzą, co się w tej chwili w tej dziedzinie dzieje na świecie.

Czyli pomożecie sparaliżowanej osobie odzyskać sprawność? Wspaniale. Czy już wiadomo, kto to będzie?

Na razie ustaliliśmy kryteria wykluczające, czyli wiemy, kto nie może być naszym pierwszym pacjentem. Wbrew pozorom nie jest łatwo znaleźć pacjenta, któremu taki zabieg w najmniejszym stopniu zagrozi, a w największym pomoże. Będziemy poszukiwać takiej osoby wspólnie z siecią klinik, liczymy tu również na pomoc dziennikarzy naukowych.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Na zdjęciu jeden z obrazów Renaty Soluch, żony Pawła Solucha

To jest ta część misji, za którą popularyzatorzy nauki kochają swoją pracę. Z niecierpliwością czekamy na dalsze informacje. A na razie wróćmy do tego, co dotąd robił pan na uczelni…

Odpowiadam za procedury neuronawigacji. To jest cały cykl zadań, jakie musimy wykonać od momentu, kiedy pacjent trafia na oddział do kliniki neurochirurgii aż po leczenie operacyjne. Czyli najpierw diagnozujemy pacjenta w oparciu o funkcjonalny rezonans mózgu i traktografię. Badamy, które rejony mózgu odpowiadają za dane funkcje mózgu. Sprawdzamy, które funkcje są zaburzone i jaka jest relacja strukturalna tych okolic do guzów, do krwiaków i naczyniaków – czyli tego, co ma być usunięte. Następnie wynik badania trafia do stacji planowania. Tam przygotowujemy neurochirurgowi mapę funkcjonalną mózgu. W trakcie operacji chirurg widzi na ekranie swoje narzędzie operacyjne, a dodatkowo widzi też tę mapę. Dzięki temu może precyzyjnie trafić w miejsce, gdzie się znajduje nowotwór i usunąć go, nie naruszając struktur odpowiadających za mowę czy ruch. Ta wiedza uczelniana, czyli akademicka i kliniczna, pomaga mi rozwijać się intelektualnie i stale uzupełniać moją wiedzę o układzie nerwowym człowieka. I to jest jedyny most prowadzący do zadań, jakie mam w firmie. Bo w firmie owszem, zajmuję się neuro, ale nie robię nic związanego z neuronawigacją.

Mówił Pan, że w Neurodevice pracują doktoranci, studenci odbywają praktyki. Wspiera ich Pan na początku drogi badawczej. Dlaczego zdecydował Pan, że Neurodevice będzie wspierać program Start FNP?

Jestem całym sercem za akcją wspierania Startowców. I to zarówno w wymiarze finansowym, o którym za chwilę, jak i merytorycznym. Chociaż nie jestem regularnym pracownikiem naukowym i nie mam swojego zespołu na uczelni, to przecież odkąd w 2008 roku założyłem firmę, wszystkie swoje kroki kształtowałem, patrząc na potrzeby młodych ludzi. Początkowo z racji tego, że miałem dostęp do aparatury, udostępniałem ją studentom. W naszej firmie oprócz normalnych pokoi biurowych było laboratorium (trzy pokoje), gdzie studenci mogli bezpłatnie przyjechać i przeprowadzić jakiś eksperyment. Kolejnym etapem było udostępnianie takiej aparatury na zewnątrz. Czyli jeżeli np. eye-tracker miał być użyty w Gdańsku Poznaniu czy w Krakowie, to ubezpieczaliśmy go i jechał gdzieś na badania. Praktykanci mają dostęp nie tylko do aparatury, ale przede wszystkim do zupełnie innej wiedzy niż wiedza akademicka. Finansujemy też nagrody przy okazji konferencji naukowej dla najlepszych badaczy, najlepszych innowatorów. Wiem, ile to znaczy dla naukowca, bo sam otrzymałem kiedyś stypendium Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Był Pan laureatem programu FOCUS FNP. Co Pan wówczas badał?

Pracowałem z behawiorystą, profesorem Mariuszem Goleckim. Jedną nogą byłem na WUM-ie, drugą w firmie, którą dopiero rozkręcałem. Na uczelni badaliśmy indywidualne różnice pomiędzy studentami prawa a osobami mającymi praktykę prawniczą. Sprawdzaliśmy, jak czytają akty prawne, co z nich rozumieją, jak w praktyce zastosowaliby regulacje prawne do danego przypadku. Temat był ciekawy, bo kiedyś tego typu badania mogły być przeprowadzone tylko za pomocą kartki i ołówka. Wyniki traciły wiarygodność, kiedy badany miał zły dzień, gorzej się czuł. Włączenie do tego typu badań urządzenia śledzącego ruch gałki ocznej było prawdziwym przełomem. Dzięki eye-trackerowi określaliśmy na przykład precyzyjnie co do milisekund, na którym elemencie tekstu koncentrował się badany, jak często wracał do pewnych fragmentów tekstu. Na tej podstawie dowiadywaliśmy się, czy zapisy prawne mogą stanowić problem i utrudniają zrozumienie danej regulacji, jak prawnicy z nich korzystają i czym różnią się procesy poznawcze osób doświadczonych od początkujących.

Otrzymał Pan stypendium nie jako Startowiec, bo miał już Pan granty i wynagrodzenie z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Jakie znaczenie miał dla Pana ten bonus finansowy?

Te pieniądze miały dla mnie ogromne znaczenie. Tym bardziej jest tak na początku kariery naukowej – jeśli połączy się je ze stypendium doktoranckim, to okaże się, że z nauki można wyżyć. To pozwala się skupić na tym, co naukowiec ma robić, czyli na hipotezach, na organizacji badań i na wnioskowaniu, a nie zaprzątaniu sobie głowy tym, za co ma dzisiaj kupić jedzenie. Mnie to dało taki zwyczajny luz wynikający z niemartwienia się o podstawowe potrzeby. To jest przyjemne, ale również konieczne, żeby w pełni oddać się pracy naukowej.

Skoro o przyjemnościach mowa – jakie pasje ma neuroartysta poza pracą?

Moją pasją są dzieci i rodzina. Razem z żoną Renatą wychowujemy dwóch synów 9 i 6 lat, którzy w tym momencie twierdzą, że chcą zostać naukowcami, idąc w ślady taty. Ponadto sport: bieganie długodystansowe półmaratonów i maratonów. A z tych barwniejszych hobby… samodzielnie w domu warzę piwo. Na własne potrzeby. Tam jest dopiero nauka! Wymaga to sterylności, ważny jest dobór składników – smak piwa zmienia się w zależności od tego, jaki chmiel się wybierze, jaki rodzaj drożdży, a nawet wody, czy temperatury warzenia. Browarnictwo uczy mnie cierpliwości, ponieważ piwa można posmakować najwcześniej 6-7 tygodni od rozpoczęcia procesu warzenia. A tak naprawdę zaczyna się ono strukturalizować po pół roku.

Czy domowe piwo jest lepsze od tego serwowanego przez browary?

Dla mnie takie piwo jest smaczniejsze, a przede wszystkim naturalne. Mnie sprawia największą frajdę to, że zanim nie minie pół roku, nie wiem, co znajduje się w butelce. I kiedy przynoszę swoje piwo bliskim i przyjaciołom, to czeka nas zaskoczenie. Z reguły smakuję własnego piwa w towarzystwie. Wspólnie omawiamy, co jest dobre, co należałoby zmienić.

To trochę jak na konsylium czy konferencji naukowej. Nauka jest, jak widać, wszędzie. Ale… jak Pan to wszystko mieści w swoim grafiku? Bo – choć biega Pan naprawdę szybko, uzyskując imponujące czasy jak na amatora – jest to dość czasochłonne hobby. Trudno sobie wyobrazić, że ma Pan na nie czas, łącząc pracę naukową, obowiązki biznesowe i osobiste. Niektórym ciśnie się na usta pytanie – co Pan bierze i gdzie to można kupić?

Ha, ha, ha! Myślę, że to wynikowa genów i wychowania. A poza tym, mam ogromne wsparcie mojej żony, która organizuje życie rodzinne i przejęła główny ciężar wychowywania synów. W pewnym momencie podjęliśmy decyzję, że zrezygnuje z pracy zawodowej. Niestety, to jest cena, jaką płaci za to, żebym ja mógł się rozwijać i prowadzić firmę.

Tak, to jest olbrzymia pozytywna moc. Dług, jaki u niej zaciągam, staram się spłacać, kreując dla niej przestrzeń, w której może się realizować w swoim własnym rytmie, nie narzuconym przez żadnego pracodawcę. Renata maluje obrazy, poza tym frajdę jej sprawiają wszelkie inne prace artystyczne i ogród. Jeżeli tylko będzie chciała wrócić do pracy, zrobi to.

Z Pawłem Soluchem rozmawiała Karolina Duszczyk.

* Neuro Device Voic zwyciężył w głosowaniu „Soczewki Focusa” organizowanym przez magazyn Focus i zdobył tytuł Najlepszej Polskiej Innowacji roku 2018 w kategorii „zdrowie”.

Firma NeuroDevice Pawła Solucha dołączyła do grona firm wspierających program START.

Zachęcamy do wspierania stypendystów programu START i przekazywania darowizn wszystkich, którzy podzielają naszą wiarę w to, że warto dawać szansę młodym ludziom i pomagać im rozwinąć skrzydła. Każda, nawet najmniejsza cegiełka jest dla nas bardzo ważna. Dziękujemy!

Wesprzyj młodych naukowców tutaj

Na zdjęciu Paweł Soluch z Neurodevice, stypendysta programu FOCUS Fundacji na rzecz Nauki Polskiej

#WspieramSTART

Cofnij